Obwód Łańcut Armii Krajowej – jednostka terytorialna Służby Zwycięstwu Polski, Związku Walki Zbrojnej i w końcu Armii Krajowej, działająca na terenie powiatu łańcuckiego.
Historia W różnych okresach konspiracji Obwód nosił kryptonimy: „Łucjan”, „Łabędź”, „Łukasz”, „Łosoś”, „Łowy”, „Łozina”, „Borsuki”, „Łania”, „Ług”, „IV/13”, „IV/013”, „X37”, „U28”, „G/d”, „R/d”.
Duża część oficerów i podoficerów działających w Obwodzie Łańcut miało za sobą służbę w 39 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich i brało wcześniej udział w kampanii wrześniowej. Pierwszym komendantem obwodu został Henryk Puziewicz, który funkcję tę pełnił do sierpnia 1943 roku. Na przełomie lutego i marca 1940 roku na terenie obwodu przebywał generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz, w październiku tego samego roku z punktu zbornego w Łańcucie na tereny okupowane przez ZSRR wyruszyła grupa konspiratorów z pułkownikiem Leopoldem Okulickim – komendantem głównym ZWZ okupacji sowieckiej.
W związku z brakiem stałego zajęcia, wielu żołnierzy zostało zatrudnionych w dobrach hrabiego Alfreda Potockiego, który miał przekazywać (za pośrednictwem zarządcy Szczęsnego Dwernickiego) duże sumy pieniędzy na działalność obwodu.
W 1942 roku około 1/3 stanu osobowego Obwodu Łańcut AK przeszła do Batalionów Chłopskich. Pierwszym komendantem BCh w powiecie łańcuckim był Antoni Trojnar ps. „Zenon”. W 1944 doszło do scalenia BCh z AK, co w Obwodzie Łańcut było trudne i odbywało się z wieloma perturbacjami. Żołnierze BCh często zmuszali przedstawicieli Armii Krajowej do ustępstw, doprowadzając m.in. do przesunięcia różnych oficerów do innych Obwodów. 22 lipca 1944 w Albigowej żołnierze BCh wychłostali tamtejszego księża, piętnującego ich za komunistyczne poglądy. W odwecie żołnierze AK mieli zastraszyć miejscową działaczkę ruchu ludowego, co niemal nie doprowadziło do otwartego konfliktu wśród żołnierzy tych dwóch organizacji. Ostatecznie doszło do scalenia tychże organizacji w powiecie łańcuckim, wyłączono jednak z tego procesu Zielony Krzyż. Na przełomie 1943 i 1944 doszło także do scalenia lokalnych jednostek NOW i NSZ z Armią Krajową. Poza tym w powiecie łańcuckim istniały małe formacje GL i później AL, które próbowały pozyskiwać w swe szeregi żołnierzy Armii Krajowej, proponując im nawet awans o jeden stopień w przypadku dołączenia do Armii Ludowej.
W 1943 na terenie Obwodu Łańcut miało się ukrywać ponad 40 osób, którym wyrabiano na miejscu fałszywe dokumenty (kenkarty), według relacji żołnierzy, miał się tam schronić nawet radziecki lotnik czy żołnierz Armii Czerwonej – zbieg z obozu jenieckiego. W tym samym roku w rejonie Brzyskiej Woli odpoczywał oddział 9 Pułku Piechoty AK. Później żołnierze obwodu pomagali także innym uciekinierom z obozów, m.in. Anglikom, Francuzowi i żołnierzom radzieckim. Na terenie obwodu ukrywała się również pewna liczba Żydów, m.in. w Fabryce Sukna w Rakszawie, gdzie w pomoc angażowali się pracownicy zakładu – żołnierze Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, ukrywającym Żydom okoliczni księża wystawiali także fałszywe metryki chrztu. Na terenie powiatu łańcuckiego nie istniała jednak pomoc zorganizowana (nie funkcjonowała Rada Pomocy Żydom), a Żydów nie przyjmowano do oddziałów obawiając się, że podczas tortur mogliby wydać towarzyszy i podejrzewając ich o sympatyzowanie z komunistami. 24 marca 1944 na terenie Obwodu Łańcut (w Markowej) zamordowano za pomoc Żydom rodzinę Ulmów.
Od 1944 żołnierze obwodu udzielali pomocy partyzantom radzieckim, współpracowali nawet w niektórych akcjach, m.in. podczas minowania torów.
Na terenie Obwodu Łańcut nie produkowano broni palnej, istniało za to kilka komórek produkcji i montażu granatów. Według relacji żołnierzy w Rakszawie (dokładniej w części wsi o nazwie Potok) produkowano granaty zbliżone do granatów ET-40. Być może w montowni w Potoku wyprodukowano nawet 30 tysięcy granatów, liczba ta jest jednak uważana za zawyżoną.
Akcje zbrojne Dywersja kolejowa Wykorzystując znajomości wśród kolejarzy oraz fakt mieszkania blisko torów, żołnierze obwodu często zdobywali z pociągów (np. stojących na mijankach w Maleniskach lub Wierzawicach lub na stacji kolejowej w Łańcucie). Według relacji żołnierzy, pierwszy udany „zrzut” z transportu kolejowego przeprowadzili Józef Laskowski ps. „Bochenek” i Stefan Nycz ps. „Wolny” w lutym 1940. Zdobyto wtedy broń, amunicję i sprzęt wojskowy, który trafił do Placówki nr 7. Jesienią 1941 z niesprawnych samolotów transportowanych na zachód żołnierze AK wymontowali cztery karabiny maszynowe. W listopadzie 1942 żołnierze patrolu kolejowego z Rzeszowa pod dowództwem Henryka Albrzykowskiego ps. „Żelazo” zrzucili w Krzemienicy skrzynie zawierające narzędzia chirurgiczne, protezy, bandaże i lekarstwa. Rok później w tym samym miejscu patrol kolejowy zrzucił z transportu ckm, pistolety maszynowe i karabiny. W czasie akcji zakazane było używanie światła, co kończyło się czasem pomyłkami, pewnego razu dywersanci zrzucili przypadkowo 50 skrzyń zawierających pociski artyleryjskie, które utopiono następnie w starorzeczu Wisłoka.
Po zwiększeniu przez Niemców ochrony na mijankach i stacjach, zrzutów dokonywano w innych miejscach na trasie, m.in. niedaleko gajówki w Załężu. Czasem podczas transportów dokonywano także sabotażu transportowanych pojazdów, m.in. w czołgach niszczono lub zabierano radiostacje, armaty, silniki i demolowano inne pojazdy wojskowe. Jedną z ciekawszych zdobyczy dywersantów były dwie „łodzie pontonowe pneumatyczne”, które ukryto w Krzemienicy i działko przeciwpancerne. Podczas niektórych akcji dochodziło również do walki z konwojentami, kończyły się jednak one zazwyczaj bez strat wśród dywersantów.
Magazyny przejściowe wykorzystywane przez dywersantów do składowania zdobytego sprzętu znajdowały się w Strażowie, Krzemienicy, Kosinie i w Łańcucie.
Oprócz zdobywania sprzętu, dywersanci zajmowali się również uszkadzaniem parowozów, wagonów, torów i innych urządzeń. Często np. zacierano tłoki parowozów, klinowano korbowody, zalewano mechanizmy i cylindry środkami chemicznymi, itp.. Przez te działania, na linii kolejowej Rzeszów−Przeworsk−Przemyśl okupanci byli zmuszeni odstawiać do naprawy średnio 20 wagonów na dobę. Często podpalano również cysterny i beczki z benzyną. 19 maja 1944 grupa dywersantów składająca się z Bronisława Kukuryka ps. „Baran”, Adolfa Barana ps. „Tur”, Romana Laskowskiego ps. „Mały” i Kazimierza Zdeba ps. „Słup” podłożyła w pociągu transportującym amunicję minę wykonaną z pocisku artyleryjskiego. Mina wybuchła tego samego dnia pod Przemyślem, niszcząc skład.
W marcu 1943 grupie sabotażowej udało się uwolnić z transportu w Strażowie 50 jeńców radzieckich, a w maju 1944 w Krzemienicy uwolniono z wagonu więźniów transportowanych ze Lwowa do Auschwitz i udzielono im pomocy.
Akcja „Nienadowa” Akcja „Nienadowa” miała na celu zarekwirowania broni i amunicji, została przeprowadzona w nocy z 2 na 3 marca 1942 w niemieckim magazynie we wsi Nienadowa. Akcja została zorganizowana przez Związek Odwetu Okręgu Kraków AK i jest uważana za jedną z pierwszych większych akcji Związku Odwetu.
W akcji uczestniczyli żołnierze obwodów Łańcut i Jarosław AK. Plan działania opracowali por. Henryk Puziewicz oraz por. Ernest Wodecki ps. „Szpak” z Inspektoratu Przemyśl Armii Krajowej.
Grupą złożoną z żołnierzy z Łańcuta dowodził Zbigniew Nosek ps. „Jantar” i Piotr Świetlik ps. „Potok”, a grupą z Jarosławia Ernest Wodecki ps. „Szpak”. Obie grupy spotkały się przed zachodem słońca w lesie obok Huciska Nienadowskiego. Po przecięciu połączeń telefonicznych z Dubieckiem, gdzie znajdował się posterunek policji ukraińskiej, grupa udała się do magazynów. Po zajęciu stanowisk wypadowych, do wartowników udał się przebrany za niemieckiego oficera por. „Szpak”. Używając sfałszowanego rozkazu nadzorującego magazyn hauptmanna Eberlego nakazał wartownikom i administratorowi dworskiemu wydać z magazynu 50 karabinów, amunicję oraz inny sprzęt.
Po załadowaniu sprzętem czterech wozów grupa rozproszyła się, udając się w różne strony, a wozy udały się w stronę Wysokiej, zacierając za sobą ślady gałęziami przywiązanymi do wozów. W Wysokiej zdobycz ukryto w jednej ze stodół. Dwie godziny po akcji za grupą udał się niemiecki pościg, zgubili jednak trop w Markowej i ukrytej broni nie odnaleziono.
Akcje „Waldlager Sarzyna” i „Waldlager Dąbrówki” W kompleksie leśnym koło wsi Sarzyna, na terenie zakładów „Boruta” okupanci założyli tzw. „waldlager”, czyli obóz amunicyjny. W obozie składowano i sortowano przede wszystkim zdobytą podczas ataku Niemiec na ZSRR broń i amunicję. Magazyn składał się z wielu baraków oraz luźno ułożonych skrzyń przykrytych brezentem. Obóz otoczony był drutem kolczastym i strzegły go patrole Wehrmachtu i oddziałów pomocniczych. W obozie zatrudniano polskich robotników, z których wielu współpracowało z podziemiem.
Sprzęt składowany w Sarzynie planowano wykorzystać jako uzupełnienia dla oddziałów walczących na froncie wschodnim. Z zasobów czerpali jednak nielegalnie żołnierze najbliższej Placówki nr 8, wykradając broń i amunicję. Podczas większych wypraw służyli także jako przewodnicy, obserwowali magazyny i podprowadzali grupę dywersantów pod wybrany magazyn. W związku z potrzebą dozbrojenia żołnierzy obwodu, porucznik Puziewicz zdecydował o zorganizowaniu większej wyprawy zaopatrzeniowej.
Pierwszą większą operację na ten waldlager przeprowadzono nocą z 17 na 18 października 1942 i miało w niej wziąć udział ponad 120 żołnierzy. W ciągu dwóch godzin wywieziono z obozu około 5 ton materiałów, a następnie ukryto je w schronach na terenie pobliskich placówek. Kolejną akcję zorganizowano w nocy z 18 na 19 lutego 1943 i brało w niej udział ok. 60 żołnierzy pod dowództwem Emila Küblera ps. „Wróg”. Według relacji dowódcy zebrano wówczas skrzynie z materiałami wybuchowymi, granatami i amunicją i wywieziono je do schronów w Wydrzu, Lipniku i Husowie. Według lokalnej legendy, konie ciągnące sanie ze zrabowanym sprzętem nie mogły pokonać w Sarzynie stromego wzniesienia, a konwojowi pomogli przejeżdżający ciężarówką żołnierze Wehrmachtu, nieświadomi zawartości przewożonych skrzyń.
Kolejna akcja miała miejsce nocą z 29 na 30 października 1943. Przeprowadziły je grupy dywersyjne obwodów Łańcut i Przeworsk AK pod dowództwem Ernesta Wodeckiego ps. „Szpak” i Henryka Decowskiego ps. „Mars” w sile co najmniej 45 ludzi. Według uczestnika akcji, Józefa Borcza ps. „Krótki” użyto wtedy siedmiu furmanek parokonnych. Załadowano je sprzętem wojskowym, granatami, materiałami minerskimi, karabinami i amunicją. Zaistniała wtedy podobno potrzeba zabicia wartowników, a ich ciała zabrano w celu upozorowania dezercji i uniknięcia represji ze strony okupanta. Według notatek Bogusława Pawłowskiego ps. „Orkan” zdobyto wtedy ponad 3700 granatów obronnych. Zdobyty sprzęt ukryto na terenie placówek nr 1, 3, 7, 5 i 6 oraz w Rozbórzu i Grzęsce.
Ostatnie dwa wypady przeprowadzono w noc sylwestrową z 1943 na 1944 oraz w lutym 1944. Jeszcze w czasie okupacji szacowano, że zdobycz pozyskana z Sarzyny to co najmniej: 4 ręczne karabiny maszynowe, 40 karabinów, 20 tys. granatów, 20 ton trotylu oraz spłonki i zapalniki.
Amunicję pozyskiwano także z niemieckiego magazynu amunicyjnego w rejonie wsi Dąbrówki. Skala tych akcji była jednak niewielka w porównaniu z działaniami zorganizowanymi na Waldlager Sarzyna.
Atak na posterunek policji w Albigowej Atak na posterunek policji granatowej w Albigowej przeprowadzono 28 listopada 1942. Celem akcji było ukaranie uciążliwego dla podziemia konfidenta, nowego komendanta posterunku Horbowskiego, wymierzeniem mu chłosty i pozbawieniem munduru. Dowódcą akcji był Józef Blajer ps. „Bej”.