Wielki pożar Londynu () – pożar w centralnym Londynie trwający od niedzieli 2 września do czwartku 6 września 1666 roku, obejmujący głównie średniowieczną dzielnicę City of London otaczaną przez zbudowany jeszcze w czasach rzymskich mur londyński, a następnie rozprzestrzeniający się na zachód. Oficjalna liczba ofiar katastrofy jest relatywnie nieduża, chociaż część historyków kwestionuje to przekonanie.
Pożar rozpoczął się w niedzielę 2 września niedługo po północy w piekarni na ulicy Pudding Lane, szybko się rozprzestrzeniając. Użycie skutecznych metod przeciwpożarowych w postaci tworzenia pasów przeciwpożarowych poprzez usunięcie struktur stojących na drodze ognia zostało znacząco opóźnione ze względu na niezdecydowanie ówczesnego lorda majora Londynu, sir . Wyburzenie większych budynków zarządzono dopiero w niedzielę w nocy, jednak do tego czasu wiatr zamienił już pożar w burzę ogniową, wobec której zastosowanie takich środków było nieskuteczne; w poniedziałek pożoga rozprzestrzeniła się na północ, w kierunku centrum City. Szybko pojawiły się podejrzenia, jakoby za podpaleniem stali obcokrajowcy, a ludzie pozbawieni domów swój gniew skupili na Francuzach i Holendrach, z którymi Anglia toczyła wówczas II wojnę angielsko-holenderską; znaczna liczba imigrantów z tych krajów stała się ofiarami ulicznej przemocy. We wtorek pożar opanował niemal całe City, niszcząc katedrę św. Pawła, i przeskoczył na drugą stronę rzeki Fleet, zagrażając dworowi Karola II Stuarta przy Whitehall. Równocześnie prowadzone były skoordynowane działania przeciwpożarowe, jednak za kluczowe czynniki ugaszenia pożaru uznaje się zmniejszenie siły wschodniego wiatru oraz użycie przez garnizon z Tower of London ładunków czarnego prochu do tworzenia pasów przeciwpożarowych, co powstrzymało rozprzestrzenianie się ognia w kierunku wschodnim.
Po opanowaniu żywiołu Londyn stanął przed olbrzymimi problemami ekonomicznymi i społecznymi. Król Karol II zalecał, żeby opuścić miasto i osiedlić się gdzieś indziej, obawiając się, że niezadowoleni mieszkańcy mogą wzniecić przeciwko niemu powstanie. Zaproponowano różne – niekiedy radykalne – plany odbudowy miasta. Ostatecznie Londyn odbudowano na planie średniowiecznym, a zastosowany wtedy układ ulic przetrwał do XXI wieku.
Londyn w latach 60. XVII wieku W latach 60. XVII wieku Londyn był największym miastem w Anglii, zamieszkiwanym przez 300–400 tys. osób, a w świecie zachodnim trzecim co do wielkości. Angielski pisarz John Evelyn, porównując Londyn do barokowego przepychu Paryża roku 1659, określił je jako „drewniane, typowo północne, niesztuczne skupisko domów”. Mówiąc o mieście „niesztucznym” miał na myśli, że powstawało ono bez wyraźnego planu i bezustannie się zmieniało, co było skutkiem szybkiego rozwoju i eksurbanizacji. Historycznie miasto przez cztery wieki znajdowało się pod panowaniem Rzymian, którzy wznieśli wokół niego mur obronny, i to w jego obrębie przez długi okres osiedlali się mieszkańcy. Z czasem rozrosło się poza mur, za którym powstały dzielnice biedoty, takie jak Shoreditch, Holborn i Southwark, sięgając aż do Westminsteru.
Pod koniec XVII wieku obszar City of London – otoczony przez mur miejski i Tamizę – liczył 2,8 km², a chociaż stanowił tylko część miasta, zamieszkiwało go około 80 tys. osób, co stanowiło ¼ ówczesnej populacji całego Londynu. Dzielnica otoczona była pierścieniem przedmieść, które zamieszkiwała większość londyńczyków. Już wtedy City było centrum londyńskiego handlu, znajdował się tam najbardziej uczęszczany angielski port, a wśród mieszkańców dominowali kupcy i rzemieślnicy. Dzielnica była zakorkowana i zanieczyszczona, powszechne były również problemy zdrowotne, zwłaszcza że rok wcześniej jej mieszkańcy ucierpieli podczas wielkiej zarazy.
Relacje pomiędzy City a koroną angielską często bywały napięte. Podczas angielskiej wojny domowej (1642–1651) City stanowiła twierdzę zwolenników republikanizmu, a kilka republikańskich powstań, do jakich doszło w Londynie na początku lat 60. udowodniło, że zamożni mieszkańcy stanowią potencjalne zagrożenie dla Karola II. Sędziowie pokoju z City walczyli podczas wojny domowej po stronie republikanów i pamiętali, jak Karol I sięgnął po władzę, zostając monarchą absolutnym, co miało bardzo negatywny wpływ na cały naród. Nie ufali synowi poprzedniego króla i dążyli do tego, żeby utemperować jego zapędy, by pójść w ślady ojca. Kiedy wybuchł wielki pożar, Karol zaproponował pomoc, oferując m.in. wysłanie na miejsce swoich żołnierzy, jednak możni z City nie zgodzili się na to, uważając, że wpuszczenie do dzielnicy wojsk niepopularnego monarchy będzie miało negatywne reperkusje polityczne. Kiedy król przejął dowodzenie od nieskutecznego lorda majora, pożar był już poza kontrolą.
Zagrożenia pożarowe w mieście thumb|Przykład średniowiecznej zabudowy typu jetty w Cambridge W XVII-wiecznym Londynie dominował średniowieczny układ miasta – było ono zatłoczonym labiryntem wąskich, krętych brukowanych uliczek. Przed 1666 rokiem zostało dotknięte już kilkoma niebezpiecznymi pożarami, z których ostatni miał miejsce w 1633. Chociaż już kilka wieków wcześniej zakazano wznoszenia drewnianych budynków i pokrywania dachów strzechą, to w połowie XVII materiały te dalej były używane ze względu na niską cenę. Jedynym większym obszarem, w którym dominowały cegła i kamień, było bogate centrum, gdzie znajdowały się rezydencje bogatych kupców i handlarzy wzniesione na dużych działkach. Otoczone były one przez biedniejsze, przeludnione sąsiedztwa, w których wykorzystywano każdą wolną przestrzeń pod zabudowę, żeby sprostać zapotrzebowaniu gwałtownie rosnącej liczby ludności.
Budynki mieszkalne w mieście były przeludnione, a sposób, w jaki zostały zaprojektowane, zwiększał ryzyko pożarowe. Typowa londyńska wielopiętrowa kamienica czynszowa miała wystające górne kondygnacje (ang. jetties) – na poziomie ulicy były one wąskie, jednak rozszerzały się wraz z kolejnymi piętrami, co pozwalało zmaksymalizować przestrzeń mieszkalną. Sprawiało to, że górne piętra budynków stojących naprzeciwko siebie w wąskich uliczkach niemal się stykały, co znacząco zwiększało zagrożenie pożarowe. W 1661 roku Karol II wydał zakaz umieszczania w nowo powstałych budynkach wystających okien i rozszerzania ich ku górze, zakaz ten był jednak w większości ignorowany. Cztery lata później ostrzegł, że tego typu budownictwo sprzyja rozprzestrzenianiu się pożarów, ustanowił również prawo zezwalające na osadzenie w więzieniu budowniczych niestosujących się do wytycznych oraz rozbiórkę budynków niezgodnych z przepisami, jednak i te działania nie przyniosły niemal żadnego efektu.
Znaczący wpływ na rozprzestrzenienie się pożaru miało nabrzeże Tamizy. Chociaż rzeka zapewniała wodę do gaszenia pożaru i umożliwiała ucieczkę łodzią, to jednak w biedniejszych dzielnicach wzdłuż nabrzeża znajdowały się sklepy i piwnice, w których przechowywano łatwopalne materiały. Nabrzeże było również pełne lichych drewnianych czynszówek i chat biedoty, do zbudowania których wykorzystywano papier smołowy, konopie czy len. Dodatkowo w Londynie przechowywano ogromne zapasy prochu czarnego – w samej Tower of London składowano od pięciu do sześciu ton; znaczna jego ilość znajdowała się w położonych wzdłuż rzeki sklepach z zapasami i materiałami dla żeglarzy, jak również w rękach osób prywatnych, które na wszelki wypadek pozostawiły go w domach po zakończeniu angielskiej wojny domowej.
Wysoki mur z czasów rzymskich utrudniał sprawną ewakuację w przypadku pożogi, ograniczając możliwe drogi ucieczki do ośmiu wąskich bram miejskich. Początkowo niewiele osób rozważało możliwość ucieczki z płonącego miasta, zamiast tego przenosząc się wraz ze swoim dobytkiem w bezpieczniejsze obszary City; niektórzy przenosili się tak nawet kilkukrotnie w ciągu jednego dnia. Dopiero w poniedziałek wieczorem uświadomiono sobie, że sytuacja jest znacznie bardziej poważna, niż pierwotnie zakładano, co doprowadziło do paniki, a przy bramach miejskich stłoczyły się tłumy ludzi szukających ucieczki, niosących swój dobytek i ciągnących na zaprzęgniętych w konie powozach i wózkach.
Decydującym czynnikiem uniemożliwiającym strażakom skuteczne działanie była wąskość ulic. W normalnych warunkach stłoczone na nich wozy i ludzie prowadzili do powstawania zatorów i wypadków; podczas pożaru mieszkańcy uciekali w przeciwnym do niego kierunku, utrudniając gaśniczym dostanie się w zagrożone obszary, a kiedy ulice zaczęli zastawiać żołnierze, żeby oczyścić je dla strażaków, wśród uwięzionych londyńczyków narosła jeszcze większa panika.
Siedemnastowieczne pożarnictwo thumb|Strażacy używający haków przeciwpożarowych w Tiverton w 1612 r. Pożary były powszechnym zjawiskiem w zatłoczonych miastach o drewnianej zabudowie, w których pełno było otwartych palenisk, pieców i sklepów sprzedających łatwopalne materiały. Nocami ulice patrolowane były przez tysiące stróżów (ang. watchmen), zwanych też „dzwonnikami” (ang. bellmen), a do ich obowiązków należało m.in. wypatrywanie pożarów. W przypadku zauważenia pożaru obowiązywały proste procedury społeczne, które w większości przypadków okazywały się wystarczające – o zagrożeniu informowano uderzając w dzwon alarmowy bądź rozbrzmiewały dzwony kościelne, co umożliwiało ucieczkę w bezpieczne miejsce, a „obywatele, którym na sercu leżało dobro publiczne” przystępowali do gaszenia pożaru.
Ówczesne pożarnictwo opierało się na wodzie i rozbiórce. Każda parafia była prawnie zobowiązana do tego, żeby w kościele znajdowało się wyposażenie niezbędne do przeprowadzenia akcji gaśniczej: drabiny, skórzane wiadra, topory i „haki przeciwpożarowe” (ang. firehook) pozwalające na rozebranie budynku. Niekiedy budynki szybko równano z ziemią za pomocą kontrolowanego detonowania prochu strzelniczego. Podczas wielkiego pożaru metodę tę zaczęto stosować na dużą skalę dopiero pod sam jego koniec; XXI-wieczni historycy uważają, że do jego ugaszenia przyczyniło się połączenie dwóch czynników – właśnie tworzenie pasów przeciwpożarowych oraz ustanie wiatru. Wyburzanie za pomocą haków przeciwpożarowych i materiałów wybuchowych budynków znajdujących się na drodze pożaru często było bardzo skuteczną metodą na jego opanowanie, jednak w 1666 zaczęto stosować ją o wiele za późno, a to za sprawą braku umiejętności przywódczych lorda majora i niewydania na czas odpowiednich rozkazów.
Użycie wody do gaszenia pożaru nastręczało znacznych trudności i było mało efektywne. Dostępna była ona głównie z systemu wiązowych rur zaopatrujących 30 tys. domów ze zbiornika wieży ciśnień zlokalizowanej w Cornhill, która napełniana była wodą z rzeki podczas przypływu, oraz ze zbiornika wody źródlanej w Islington. W pobliżu płonącego budynku można było otworzyć rurę, żeby podłączyć ją do węża strażackiego albo nabrać wody do wiader; dodatkowo miejsce, w którym wybuchł pożar, znajdowało się w pobliżu rzeki. W teorii uliczki biegnące od płonącej piekarni i przyległych budynków aż do brzegu Tamizy powinny zostać obstawione dwoma sznurami gaśniczych – jeden przekazywałby wiadra z wodą pobieraną z rzeki, a drugi puste do ponownego napełnienia. Tak się jednak nie stało, ponieważ mieszkańcy spanikowali i uciekli zamiast przystąpić do akcji gaśniczej. Wskutek tego w niedługim czasie płomienie dotarły na nabrzeże, gdzie spłonęły koła wodne pod London Bridge, co odcięło dostęp do wody z rur.