Sowieckie naloty na Warszawę w czasie II wojny światowej – seria nalotów lotniczych na okupowaną przez Niemców Warszawę, przeprowadzanych przez sowieckie lotnictwo w latach 1941–1944 (początkowo głównie przez Lotnictwo Dalekiego Zasięgu).

Pierwsze sowieckie naloty na okupowaną stolicę Polski nastąpiły pod koniec czerwca 1941 roku. W późniejszym okresie sowieckie lotnictwo jeszcze kilkanaście razy zbombardowało Warszawę, przy czym najwięcej ofiar i zniszczeń spowodowały naloty przeprowadzone latem 1942 roku oraz w maju 1943 roku. Celem ataków były niemieckie obiekty wojskowe i węzły komunikacyjne. Wielokrotnie sowieckie bomby spadały jednak na gęsto zaludnione dzielnice mieszkaniowe (w tym na getto warszawskie). W wyniku nalotów zginęło co najmniej 1000 warszawiaków, kolejnych kilka tysięcy odniosło rany, a kilkaset budynków uległo zburzeniu lub uszkodzeniu.

W czasach Polski Ludowej temat ten był marginalizowany przez oficjalną historiografię.

Pierwsze bombardowania thumb|Bombowiec Ił-4 (wcześniejsze oznaczenie DB-3F) wykorzystywany w nalotach na Warszawę Pierwszy nalot sowieckiego lotnictwa na Warszawę miał miejsce wieczorem 23 czerwca 1941 roku, tj. już w drugim dniu niemieckiej inwazji na ZSRR. O godzinie 19:17 bombowce DB-3F z 212. samodzielnego pułku lotnictwa bombowego dalekiego zasięgu zaatakowały mosty na Wiśle oraz niemieckie obiekty na terenie miasta. Celem nalotu stała się także fabryka amunicji „Pocisk” w Rembertowie. Niemiecka obrona przeciwlotnicza została zaskoczona; według źródeł polskich alarm ogłoszono dopiero 15 minut po rozpoczęciu ataku. Niską skutecznością wykazali się także sowieccy lotnicy. Zrzucone z wysokości 8000 metrów bomby nie zdołały bowiem uszkodzić żadnego z mostów; część trafiła w nurt Wisły. Niemniej nalot spowodował zniszczenia w obrębie miasta. Bomby spadły m.in. na ruiny Teatru Wielkiego (zbombardowanego przez Niemców w 1939 roku) oraz na domy przy ul. Focha 6 i Krakowskim Przedmieściu 55. Zapalił się jeden z hangarów na lotnisku Okęcie. Zaatakowane zostały ponadto stanowiska niemieckiej artylerii przeciwlotniczej na torze wyścigów konnych na Służewcu.

Według „Biuletynu Informacyjnego” z 3 lipca 1941 roku ofiarą tego nalotu paść miało około 50 Niemców, w tym około 40 żołnierzy Luftwaffe zabitych na torze wyścigów konnych na Służewcu. Z kolei według Krzysztofa Dunin-Wąsowicza pierwsze dwa sowieckie naloty na Warszawę kosztowały Niemców utratę jedynie sześciu zabitych i dwóch rannych. Duże straty – szacowane na kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych – poniosła cywilna ludność Warszawy. Dunin-Wąsowicz oceniał, że w wyniku pierwszych nalotów zginęło 42 warszawiaków, a 55 odniosło rany. Na Pradze, na ul. Zygmuntowskiej (ob. Aleja „Solidarności”) bomba trafiła w wypełniony ludźmi tramwaj (wóz typu A o nr. bocznym 157), który mijał akurat kościół św. Floriana, zmierzając na most Kierbedzia. Według innych źródeł zrzucanie bomby na tramwaj mogło mieć miejsce 23 czerwca. Zginęły 34 osoby, co stanowi największą katastrofę w dziejach komunikacji miejskiej w Polsce.

Blamaż niemieckiej obrony przeciwlotniczej nie przeszkodził „Völkischer Beobachter” ogłosić cztery dni później rzekomego zestrzelenia 48 sowieckich samolotów. Z kolei sowiecka propaganda opublikowała znacznie przesadzone doniesienia na temat rezultatów nalotu, w których znalazły się m.in. informacje o rzekomym zniszczeniu w Warszawie magazynów z paliwem i materiałami pędnymi.

Kolejne naloty na Warszawę nastąpiły 24 czerwca, a według Szymona Kazimierskiego – również 25 czerwca. Sowieckie lotnictwo atakowało przede wszystkim obiekty wokół miasta. W samej stolicy zbombardowano okolice ul. Towarowej i most kolejowy. Celność ataków była niewielka. Pierwsze sowieckie naloty na Warszawę wywołały duże zaniepokojenie wśród przebywających w mieście Niemców. Dopiero po dwóch dniach od pierwszego bombardowania gadzinowy „Nowy Kurier Warszawski” zamieścił niewielką notkę na temat nalotu. Z kolei 30 czerwca 1941 roku gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer wydał zarządzenie zabraniające fotografowania obiektów uszkodzonych podczas bombardowania.

Klęski poniesione przez Armię Czerwoną w początkowej fazie wojny spowodowały, że kolejny nalot sowieckiego lotnictwa na Warszawę nastąpił dopiero 13 listopada 1941 roku. Tego dnia, około godziny 11:00, kilka samolotów Jer-2 z 421. pułku lotnictwa bombowego (według „Biuletynu Informacyjnego” był to zaledwie jeden samolot) zaatakowało węzeł kolejowy w rejonie dzisiejszego pl. Zawiszy. Na miasto spadło blisko osiem bomb, które zrzucono z dużej wysokości. Miały one uszkodzić główny tor przy ul. Towarowej, a także rampę, bocznicę i budkę dróżnika. Władysław Bartoszewski i Tomasz Szarota podają w ślad za „Biuletynem Informacyjnym”, że na skutek powstałych zniszczeń na blisko dobę został wstrzymany ruch pociągów na tym odcinku torów. Z kolei zdaniem Tymoteusza Pawłowskiego infrastruktura kolejowa nie odniosła poważniejszych uszkodzeń. Jednocześnie sowieckie bomby spadły na trzy domy mieszkalne w rejonie ulic Srebrnej i Miedzianej. W wyniku nalotu zginęło 54 cywilów, a kolejnych 100 odniosło rany. Niemcy prawdopodobnie nie ponieśli żadnych strat. Wybuchy bomb wybiły szyby w setkach okien, na skutek czego w mieście gwałtownie wzrosły ceny usług szklarskich. Niemiecka obrona przeciwlotnicza zawiodła kolejny raz, przez co – jak wynika z raportu wojskowego komendanta miasta płk. Waltera von Unruha – stała się „przedmiotem kpin”.

Przez blisko rok sowieckie lotnictwo nie przeprowadzało kolejnych nalotów na Warszawę. Jedynie co pewien czas sowieckie samoloty wykonywały nocne loty rozpoznawcze nad okupowanym miastem. W stolicy często ogłaszano wówczas alarmy lotnicze.

Naloty w lecie 1942 Przebieg thumb|Bombowiec Jer-2 wykorzystywany w nalotach na Warszawę thumb|Bombowiec Pe-8 wykorzystywany w nalotach na Warszawę Pod koniec lata 1942 roku sowieckie lotnictwo wznowiło działania bojowe nad Warszawą.

Pierwszy nalot miał miejsce w nocy z 20 na 21 sierpnia. Samoloty Pe-8 i Jer-2 z 45. Dywizji Lotnictwa Bombowego Dalekiego Zasięgu zrzuciły nad miastem oświetlające flary na spadochronach, po czym rozpoczęły kilkugodzinny nalot. Bomby burzące i zapalające spadły przede wszystkim na dzielnice mieszkaniowe: Grochów, Mokotów, Wolę, Żoliborz, a także w rejonie ul. Marszałkowskiej. Tylko nieliczne spadły w pobliżu obiektów zajmowanych przez Niemców. W „Biuletynie Informacyjnym” z 27 sierpnia 1942 roku niemieckie straty obliczono na około 60 zabitych i poniżej 300 rannych (żołnierzy i cywilów). Ofiary wśród ludności polskiej oszacowano natomiast na około 200 zabitych i 800 rannych. Jedną z ofiar śmiertelnych był prof. Józef Patkowski – fizyk, były rektor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie (1887–1937), wykładowca na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. „Biuletyn Informacyjny” podawał, że sowieckie bomby trafiły blisko 130 budynków mieszkalnych i wznieciły 40 pożarów. Zdaniem Władysława Bartoszewskiego sowieckie bomby trafiły natomiast około 50 budynków. Poważnie uszkodzono warsztaty tramwajowe przy ul. Młynarskiej na Woli, co spowodowało długotrwałe utrudnienia w działaniu komunikacji miejskiej. Nastąpiła także przerwa w działalności sieci elektroenergetycznej. Oceniano, że liczba pożarów była większa niż w „lany poniedziałek” 25 września 1939 roku, kiedy to miał miejsce najcięższy niemiecki nalot na stolicę. W związku z uszkodzeniem jednego z pawilonów Domu ks. Boduena przy ul. Nowogrodzkiej 75 około 200 dzieci musiano ewakuować do przytułku w Górze Kalwarii. thumb|Targowisko „Kercelak” (1928). Bllisko 1000 straganów spłonęło tam na skutek sowieckiego nalotu w nocy z 1 na 2 września 1942 Kolejny nalot – znacznie silniejszy i skuteczniejszy od poprzedniego – nastąpił w nocy z 1 na 2 września. Około 20–30 bombowców należących do 3. gwardyjskiego pułku lotnictwa bombowego dalekiego zasięgu nadleciało falami nad miasto i zrzuciło łącznie około 300 bomb. Celem ataku były w pierwszym rzędzie Wola, Praga oraz Powiśle (na całym odcinku od Mostu Poniatowskiego po Nowy Zjazd). Tej nocy bomby uszkodziły m.in. tory i tabor kolejowy przy Dworcu Wileńskim na Pradze. W trafionych niemieckich garażach wojskowych na tyłach Sejmu spłonęło 45 samochodów. Na skutek nalotu ucierpiał również Dworzec Pocztowy oraz zajęty przez Niemców gmach Ministerstwa Komunikacji. Tej nocy bomby ponownie spadły na obiekty cywilne. Około 100 budynków zostało zniszczonych lub poważnie uszkodzonych. Kolejny raz zbombardowano zajezdnię tramwajową na Woli. Bomby spadły także na getto warszawskie, cmentarz powązkowski oraz w okolicach Szpitala pw. Przemienienia Pańskiego i Szpitala Dzieciątka Jezus. Częściowemu zniszczeniu uległo popularne targowisko „Kercelak”, gdzie spłonęło blisko 1000 straganów i towary o czarnorynkowej wartości 500 tys. dolarów. Zbombardowanie „Kercelaka” spowodowało kryzys zaopatrzeniowy w mieście i doprowadziło do gwałtownego zwiększenia cen żywności. Dokładna liczba ofiar nie jest znana, szacunkowe obliczenia mówią o około 200 lub 400 zabitych. Gubernator Ludwig Fischer podał w swym raporcie, że w obu nalotach – 20 sierpnia i 1 września – zginęło 239 osób, a 511 zostało rannych. W szczególności niemożliwe jest oszacowanie liczby zabitych w warszawskim getcie, gdzie dobiegała właśnie końca wielka akcja deportacyjna. Jedną z ofiar śmiertelnych nalotu był pułkownik Leopold Rudke (weteran Legionów Polskich, lekarz w Szpitalu Ujazdowskim). Podobnie jak to miało miejsce w 1941 roku niemiecka propaganda bagatelizowała skutki nalotów. Dopiero 4 września „Nowy Kurier Warszawski” zamieścił pierwszą wzmiankę na ten temat.

13 września miał miejsce ostatni w 1942 roku sowiecki nalot na Warszawę. Tego dnia samotny bombowiec celnie zrzucił serię bomb na warszawski most średnicowy.

Wpływ na nastroje i morale mieszkańców Sowieckie naloty w lecie 1942 roku zostały w pierwszym momencie przyjęte z zadowoleniem przez ludność Warszawy. Gdy jednak okazało się, że bomby spadają przede wszystkim na obiekty cywilne, nastroje uległy diametralnej zmianie. W mieście wybuchła panika, silniejsza nawet niż podczas niemieckich nalotów we wrześniu 1939 roku (przypisywano to psychicznemu wyczerpaniu społeczeństwa po trzech latach wojny i okupacji). Delegatura Rządu na Kraj w raporcie z września 1942 roku donosiła władzom w Londynie:

Świadkowie odnotowali, że ulicami Warszawy ciągnęły kolumny furmanek i wózków naładowanych dobytkiem uciekinierów. Na stołecznych dworcach tłumy ludności próbowały znaleźć miejsce w nielicznych pociągach. W podwarszawskich miejscowościach znacznie wzrosły ceny najmu (nawet do 600 złotych miesięcznie za pokój). Niektórzy uciekinierzy woleli koczować pod gołym niebem – na polach, w lasach i parkach – niż ryzykować, że w mieście zaskoczy ich nalot. O panicznych nastrojach, które zapanowały wśród nieniemieckiej ludności, pisał w swoich raportach Ludwig Fischer.

Wśród niemieckiej ludności i funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego także zapanowały paniczne nastroje, czego przejawem była m.in. tendencja do odsyłania rodzin w głąb III Rzeszy. Naloty miały także skłonić wielu Niemców do chwilowej przynajmniej fraternizacji z Polakami. Fakty te były przyjmowane przez ludność polską z dużą satysfakcją. Pewien urzędnik niemieckiej policji poczuł się nawet zmuszony wydać instrukcję dla zamieszkałych w Warszawie Niemców dotyczącą odpowiedniego zachowania się podczas nalotów i alarmów lotniczych. Wskazał w niej m.in., że „w schronach, do których dopuszcza się również nie-Niemców, muszą się Niemcy wyróżniać opanowaniem, spokojem i dyscypliną”.