Brytyjczycy nie spodziewali się bowiem obecności sił francuskich w pobliżu Fortu Lyman i maszerowali prosto w zastawioną pułapkę. Wprawdzie zostali ostrzeżeni przez przedwczesny wystrzał z karabinu (prawdopodobnie przez jednego z Irokezów, ostrzegającego sprzymierzonych Mohawków), dostali się jednak pod ciężki ogień krzyżowy przeciwnika w wyniku czego ponieśli ciężkie straty. Formacja brytyjska jak określił to sam Dieskau rozpadła się jak domek z kart. Williams trafiony w głowę zginął, podobnie jak wódz plemienia Mohawków. Z początku Brytyjczycy rozpoczęli paniczną ucieczkę, po chwili jednak części ich sił udało się na nowo sformować szyki i w uporządkowanym szyku rozpocząć odwrót w kierunku Lake George.

Tymczasem zaalarmowane odgłosami walki pozostałe siły Johnsona w pośpiechu zbudowały barykady z wozów, łodzi i pni drzew. Tam też udało się wycofać ocalałym z pogromu siłom Williamsa. Dieskau przypuścił wiele ataków siłami regularnych żołnierzy, były one jednak za każdym razem odpierane przez Brytyjczyków celnym ostrzałem z dział. Indianie i Kanadyjczycy tylko częściowo brali udział w atakach i po kilku niepowodzeniach wycofali się do lasu.