Polskie działa, armatki p-panc oraz karabiny p-panc i granaty poradziły sobie z tym zadaniem znakomicie, a tory kolejowe umożliwiały swobodne wspieranie wybranych punktów oporu przez pociąg pancerny. Polacy nie zawahali się zresztą przed użyciem innych metod walki, tak obronnej, jak i zaczepnej, w tym szarży kawaleryjskiej na niemiecką piechotę czy ataku pododdziału pancernego.

Gen. Reinhardt błędnie założył, że siła przełamująca jego czołgów wystarczy dla pokonania okopanego przeciwnika i zmarnował czas oraz siły dywizji na ponawiane ataki frontalne na wieś Mokra i wiadukt kolejowy. Pierwszego dnia wojny współdziałanie wojsk naziemnych i lotnictwa niemieckiego pozostawiało wiele do życzenia – samoloty nie bombardowały przeszkód na drodze czołgów, tylko usiłowały wywołać panikę w oddziałach tyłowych (1/4 kawalerzystów nie brała udziału w walce na pierwszej linii, gdyż pilnowała koni). Osiągnęły w tym zresztą sukces, który jednak nie wpłynął na wynik bitwy, gdyż zamieszanie powstało także u Niemców. Pomimo wszystko 4 DPanc kosztem wielkich strat (szczególnie wśród czołgistów) była bliska sukcesu ok. godziny 16:00, a potem 17:30. Przebicie się czołgów przez tory kolejowe oznaczałoby zagładę Wołyńskiej BK, która broniła się resztkami sił i nie mogłaby się wycofać przez pola uprawne pod ostrzałem niemieckich czołgów i lotnictwa.