Mówiono, że ci, którzy wiedzieli, że jest mordercą, sądzili, że wykonuje wyroki swych mocodawców.

Proces uznany został za kompromitację wymiaru sprawiedliwości: świadkowie bali się mówić, prokurator zmieniał temat, a obrońca bronił Mazurkiewicza, posługując się tezą, że jest on urodzonym mordercą, typem o skłonnościach zbrodniczych. Oskarżono go o sześć morderstw (na czterech mężczyznach i dwóch kobietach) oraz o dwa usiłowania morderstw. Zarówno pierwsze usiłowanie, jak i morderstwo popełnił, trując ofiary cyjankiem potasu. Następnych trzech morderstw dokonał przy użyciu pistoletu Walther, kaliber 7,65 mm. Przy ostatnich dwóch i usiłowaniu użył pistoletu Walther model 9. Mazurkiewicz przyznał się do zarzucanych mu czynów.

Obrońcą Mazurkiewicza był adwokat Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, który zgodnie z aksjologią tamtego okresu wykazywał, że zabite zostały osoby niepełnowartościowe w socjalistycznym społeczeństwie. Sprawozdawcą procesu był Lucjan Wolanowski, który opublikował cykle reportaży o procesie Mazurkiewicza w tygodniku „Świat” i „Expressie Wieczornym” w 1956 roku. Sprawozdawcą z procesu był też Marek Hłasko – napisał o nim artykuł Proces przeciwko miastu.