7 listopada rano okazało się, że „San Demetrio” oddalił się z wiatrem o około 5 Mm od łodzi, marynarze postawili więc żagiel, doścignęli zbiornikowiec i wdrapali się na pokład od strony rufy. Udało im się ugasić pożar, uruchomić silnik pomocniczy, z jego pomocą pompy i prądnicę, a w końcu zapasową maszynkę sterową. Aparatura radiowa, mapy ani instrumenty nawigacyjne nie przetrwały pożaru, załoga próbowała więc orientować się w położeniu obserwując błyski pojawiającego się za chmurami słońca. Przeprowadzili swój statek przez pozostałą do przejścia część oceanu zmagając się z niebezpieczeństwem U-Bootów i z fatalną pogodą. Po siedmiu dniach dotarli na Morze Irlandzkie, skąd − już pod osłoną własnych okrętów − dopłynęli do ujścia rzeki Clyde. Odrzucili, ze względu na koszt, ofertę holowników i weszli do portu o własnych siłach 16 listopada.

Mimo zniszczeń i pożaru „San Demetrio” stracił nie więcej jak 200 ton swego łatwopalnego ładunku. Była też tylko jedna ofiara śmiertelna, marynarz John Boyle, który poranił się skacząc do łodzi podczas ewakuacji statku i mimo opieki czuł się coraz gorzej. Usadowiono go w ciepłej maszynowni, ale po dwóch dniach zmarł z upływu krwi.