[...] W latach 90. wróciłem do Jakuszyc, byłem komendantem przejścia... W pamięci utkwił mi znakomicie wyszkolony Rosjanin. Było tak: zauważyliśmy ślady na śniegu w pobliżu przejścia. Urywały się obok samochodu czeskiej straży granicznej. Nikt nie wiedział, gdzie ten człowiek mógł się podziać... Okazało się, że on wczołgał się pod ten samochód, przeczołgał się pod nim, a potem wskoczył w zaspę i przykrył się śniegiem. I tam – w tej zaspie – go znalazłem... Sprytnie to wymyślił. Okazało się, że jest Rosjaninem, dezerterem ze specnazu. Dwa takie przypadki pamiętam. Służba w Jakuszycach, gdy zaatakowała zima, bywała dla niektórych bardzo ciężka. Pamiętam jednego z kolegów, którzy na Starej Drodze Celnej był tak wyczerpany, że nie był w stanie wrócić o własnych siłach na przejście. Musieliśmy wysłać kogoś po niego.
W latach 90. Straż Graniczna miała poważny problem z przemytem ludzi do państw zachodnich. Trudniły się tym wyspecjalizowane gangi, przerzucające ludzi nawet z dalekich państw azjatyckich, np. z Pakistanu. Całe wioski składały się, by jedna osoba, kosztem 2500 tysiąca dolarów, została przemycona do lepszego świata. Główne szlaki przemytu ludzi prowadziły na granicę z Niemcami, ale jedna z odnóg prowadziła na Jakuszyce.