Bołonkina, która to słyszała, rozpuściła po całym mieście plotkę, że rzeczywiście tak się stało. Na miejsce zdarzenia zaczęli przybywać ciekawscy gapie, co lokalne władze uznały za rozruchy religijne. W związku z rozszerzającymi się po mieście pogłoskami o rzekomym cudzie na miejsce zdarzenia przybyło KGB i milicja, co jeszcze spotęgowało falę ciekawskich i uwiarygodniło plotkę. Funkcjonariusze organów bezpieczeństwa (KGB i milicja) od wszystkich osób mających jakikolwiek związek ze sprawą zebrali pisemne oświadczenia, że nic nie widzieli i nie słyszeli. Uczestnicy feralnego przyjęcia zostali później rozesłani na podstawie komsomolskich urzędowych nakazów pracy i nauki do odległych zakątków ZSRR.
Po latach dziennikarzom wspomnianych gazet trudno już było ustalić, co naprawdę wydarzyło się w domu nr 84 przy ulicy Czkałowa na przełomie roku 1955 i 1956. Pytani świadkowie wydarzenia, pomijając już kwestię, czy rzekomi, czy prawdziwi, podawali różne wersje całego zdarzenia, a nawet zupełnie rozbieżne daty i okoliczności (kwestionowali nawet informację o obecności milicji i KGB na miejscu zdarzenia). Nazwisko Zoi Karnauchowej miało w całej tej historii paść zupełnie przypadkowo, zapewne przez zbieżność imion jej chłopaka z wizerunkiem świętego, jednak przezwisko „Kamienna Zoja” przylgnęło do niej na długo.