Osoby „niechodzące” były wyławiane zaraz po wyjściu z wagonów. Do „lazaretu” odprowadzali je żydowscy więźniowie z tzw. komanda czerwonego. W „poczekalni” kapo Kurland uspokajał nowo przybyłych, prosząc, aby rozebrali się do naga przed „badaniem lekarskim”. Następnie ofiary prowadzono nad krawędź dołu, gdzie niemiecki esesman lub ukraiński wachman mordował je strzałem w tył głowy. Zwłoki były znoszone na dno wykopu przez dwóch żydowskich więźniów. Początkowo posypywano je chlorowanym wapnem, później zaczęto je palić.

Egzekucje w „lazarecie” odbywały się codziennie. Willi Mentz zeznał, że w niektórych wypadkach z transportów zabierano na rozstrzelanie tylko 2–3 osoby, a innym razem ponad dwadzieścia. W „lazarecie” mordowano także więźniów uznanych za niezdolnych do pracy lub winnych poważnych wykroczeń przeciw obozowej dyscyplinie (np. przyłapanych na próbie ucieczki lub ukrywaniu złota i kosztowności). W pierwszych miesiącach funkcjonowania obozu likwidowano tam całe komanda robocze.