Apostoł wspomina, że choć doznał zniewagi w Filippi, odważył się przecież głosić Ewangelię w Tesalonice, wśród wielkiego utrapienia. Głosił ją zaś, tak by się nie ludziom, ale Bogu się podobać, nie posługiwał się pochlebstwem ani nie kierował się chciwością. A chociaż mógł być ciężarem dla wiernych, sam pracował dniem i nocą na swoje utrzymanie, troszcząc się jak matka o swe dzieci o zdobytych dla Chrystusa Tesaloniczan.
Dlatego nieustannie dziękuje Bogu, że przyjęli Słowo Boże, stając się naśladowcami Kościołów w Judei, bo jak tamte od Żydów, Tesaloniczanie cierpią od rodaków sprzeciwiających się głoszeniu zbawienia. Na tych przyszedł jednak w końcu gniew Boży.
Paweł, rozłączony na krótko z Tesaloniczanami, zapewnia, że gorąco pragnął ich znowu ujrzeć, a gdy dwukrotnie przeszkodził mu w tym szatan, wysłał z Aten Tymoteusza, aby Tesaloniczan utwierdził i umocnił w wierze, a przy tym zbadał, czy ich nie zwiódł kusiciel.