thumb|upright=1.75|Plan M. Niewiarowskiego przedstawiający zasięg pożaru Krakowa w 1850 roku. Litografia wykonana w Genewie na rzecz pogorzelców Pożar Krakowa w 1850 roku – uznawany jest za jedno z najtragiczniejszych wydarzeń, jakie dotknęło miasto w XIX stuleciu.
Rozpoczął się 18 lipca 1850 roku i ogarnął znaczną część centrum oraz ówczesnych przedmieść. Spaleniu uległa prawie cała zabudowa południowej pierzei Małego Rynku, południowa i połowa wschodniej pierzei Rynku Głównego oraz budynki przy ulicach: Krupniczej, Gołębiej, Wiślnej, Franciszkańskiej, Dominikańskiej, Brackiej, Grodzkiej (do przecięcia z Poselską), Stolarskiej, Wielopole i Starowiślnej. W ciągu następnych dni na całym tym obszarze pojawiały się kolejne ogniska płomieni, które jednak były szybko gaszone. Jedynie 26 lipca wybuchł nowy pożar na terenie dzielnicy Kleparz, lecz nie rozwinął się na większą skalę.
Zniszczeniu uległo, jak się szacuje, 10% zabudowy miasta: około 160 kamienic i domów, Pałac Biskupi i pałac Wielopolskich, kościoły św. Franciszka z Asyżu, Świętej Trójcy, św. Norberta i (częściowo) św. Józefa oraz przylegające do nich klasztory Dominikanów, Franciszkanów i Bernardynek. Oprócz zabytkowego wyposażenia wnętrz tych świątyń utracono też cenne kolekcje dzieł sztuki i księgozbiory, zgromadzone w domach prywatnych. Pożar przyniósł ogromne straty materialne, spłonęło wiele mieszkań, sklepów i magazynów, wraz z którymi przepadły majątki całych rodzin. W zbiedniałym Krakowie, zarówno zbieranie środków na pomoc pogorzelcom, jak i likwidacja zniszczeń, trwało długo. Odbudowa spalonej części miasta zakończyła się po piętnastu latach, a w przypadku kościołów Franciszkanów i Dominikanów dużo później, odpowiednio w 1884 i 1912 rokuPodaje się także rok 1872 jako datę zakończenia odbudowy przy dominikańskim kościele Świętej Trójcy; . Jednak wówczas zakończono dopiero prace budowlane, a do 1884 trwało jeszcze wyposażanie wnętrze świątyni..
Po zniszczeniu tak znacznej części Krakowa koniecznym stało się wprowadzenie wielu zmian, w zakresie chociażby przepisów przeciwpożarowych czy organizacji straży pożarnej, które miały zapobiec podobnemu nieszczęściu. Okazało się to jednak procesem długotrwałym, postępującym w miarę poprawy sytuacji ekonomicznej miasta. Odbudowa zniszczonej zabudowy miała również duży wpływ na przemiany architektoniczne w całym Krakowie. Nowe budynki, wzniesione w miejscu spalonych, stały się wzorem rozwiązań funkcjonalnych, jak i estetycznych dla innych dzielnic Krakowa. Z kolei skala zniszczeń cennych historycznie budowli była impulsem do większego zainteresowania się ochroną zabytków, zaś w trakcie ich odbudowy nastąpił rozwój wiedzy w zakresie zagadnień konserwatorskich, jak i historii sztuki.
Pożar z 1850 roku, uznawany za jedną z największych klęsk żywiołowych w dziejach Krakowa, był zarazem ostatnim pożarem, który dotknął tak znaczny obszar miasta. Wszelkie późniejsze pożogi zasadniczo trawiły już tylko pojedyncze budynki.
Przebieg pożaru 18 VII: pożar przedmieść Około południa, w czwartek 18 lipcaW niektórych wspomnieniach i opracowaniach pojawiają się inne, błędne daty: 8 lipca (), 13 lipca (), „pewna lipcowa niedziela” (), 18 sierpnia lub 17 lipca ()., zapaliły się tzw. Dolne Młyny nad Młynówką Królewską przy końcu KrupniczejFaktycznie był to jeden, murowany budynek, wzniesiony w latach 1776–1777, w miejscu starszego. Niekiedy określano go też mianem Kamienny lub nazwą Młyny Rządowe, Usytuowany był w miejscu, gdzie obecnie znajduje się podjazd do izby przyjęć Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla, na rogu ulic Dolnych Młynów i Czystej, .
Jak wykazało późniejsze śledztwo, pożar rozpoczął się przypadkowo, a jego nieumyślnymi sprawcami byli młynarczyk Piotr Fic i Jan Trójka, terminator u kowala Ignaszewskiego. Tego dnia pracowali nad dopasowaniem żelaznej obręczy na wał koła młyńskiego, którą w tym celu musieli rozgrzać. Jednak od zapalonego w izbie czeladnej ognia zajęły się cewie, drewniane kliny do kół młyńskich, suszone w kominie. Pożaru nie udało się ugasić i młyn stanął w płomieniach; . Na temat okoliczności wybuchu pożaru patrz też: ; ; ..
Silny wiatr wkrótce rozniósł ogień na sąsiednie budynki przy Krupniczej oraz kilka położonych po drugiej stronie Młynówki. Na miejscu szybko pojawiła się straż pożarna oraz liczni mieszkańcy, którzy próbowali ugasić ogień lub przynajmniej uniemożliwić dalsze rozszerzanie się pożogi. W tym celu zaczęto zrywać dachy kolejnych budynków. Żywioł był jednak szybszy i w ciągu pół godziny spłonęło dziewięć drewnianych domów stojących w tym miejscu.
18 VII: ogień w centrum Niespodziewanie pożar z przedmieścia przeniósł się do centrum. Bardzo silny wiatr zaczął przerzucać zarzewia ponad okolicznymi ogrodami, jak i Plantami. Poza iskrami niósł płonące gonty i resztki rupieci nagromadzonych na strychach, tlące się ziarno z młyna oraz przepalone orzechy włoskie; .. Właśnie te ostatnie, wedle jednej z ówczesnych relacji, znacznie przyczyniły się do rozprzestrzenienia się pożaru:
Początkowo też niewiele osób, z racji słonecznej pogody, zdawało sobie sprawę z zagrożenia:
Zabudowa centrum miasta okazała się równie podatna na ogień, co domostwa na Krupniczej. Było to efektem kilku czynników. Przede wszystkim, prawie wszystkie budynki, nawet Sukiennice, były kryte gontem. Materiał ten okazał się bardziej łatwopalny niż zwykle, bowiem przez dwa miesiące poprzedzające lipiec 1850 roku, w Krakowie nie spadła ani kropla deszczu. Wysuszony, spękany gont stał się dogodną pożywką dla ognia. Silny wiatr z łatwością przerzucał iskry i płonące resztki dachów na kolejne budynki. Oprócz tego większość kamienic miała jeszcze drewniane poddasza czy też inne elementy wyposażenia wykonane z tego materiału, np. ganki, werandy, schody. Ponadto wielu mieszkańców na strychach swoich domów trzymało łatwopalne przedmioty, najróżniejsze rupiecie, szmaty, papiery czy stare sprzęty, lekceważąc w ten sposób przepisy antypożarowe z czasów Wolnego Miasta, które zabraniały gromadzenia tego rodzaju rzeczy. Na dodatek, wśród murowanych kamienic centrum stało jeszcze wiele drewnianych budynków, takich jak szopy, wozownie, składy, stajnie i kramy handlowe. Wszystko to doprowadziło do tego, że ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, a pożar przybrał wielkie rozmiary; ; ..
Jako pierwszy zapalił się gontowy dach kamienicy, usytuowany u zbiegu Gołębiej i Plant, należącej do Emilii Bartynowskiej. Podjęta przez straż, ochotników i oddziały wojska akcja gaszenia zakończyła się niepowodzeniem. Ogień szybko przeniósł się na sąsiednie zabudowania, niesiony dalej silnym wiatrem. Kolejno w płomieniach stawały Drukarnia Uniwersytecka, kościół św. Norberta, zabudowania przy Wiślnej i Gołębiej, a wśród nich Instytut Techniczny. Gdy pożar ogarnął wysoką kamienicę Pod Zającem kolejne snopy iskier poleciały na sąsiednie dachy. W wielkim niebezpieczeństwie znalazło się Collegium Maius, ówczesna siedziba Biblioteki Jagiellońskiej. Ogień zaczął pojawiać się na dachu tego zabytkowego gmachu, lecz udało się ocalić nie tylko jego, ale również jego cenny księgozbiór. W akcję ratowania biblioteki zaangażowało się około stu pięćdziesięciu studentów, wraz z profesorami Józefem Muczkowskim, Stefanem Kuczyńskim i Wincentym Polem. Udało im się zagasić ogień, a z sąsiednich budynków pozrzucać dachy, by uniemożliwić przedostawanie się płomieni na Collegium Maius; ; ..
Ogień niezwykle szybko przeniósł się z ulicy Wiślnej na kolejne budynki. W ciągu około pół godziny ogarnął południową pierzeję Rynku Głównego, ulicę Bracką i Pałac Biskupi. Stojące naprzeciw niego drewniane wozownie jeszcze szybciej stanęły w płomieniach, a od nich zajął się kościół Franciszkanów oraz pałac Wielopolskich. Następnie pożar objął budynki przy Grodzkiej i Stolarskiej oraz wschodnią pierzeję Rynku. Dalej szerzył się na ulicę Szeroką i w końcu ogarnął kościół Świętej Trójcy wraz z klasztorem Dominikanów. Wiatr pchnął płomienie jeszcze dalej, ponad Plantami, gdzie strawiły zabudowę przy ulicy Polnej, niszcząc wszystko aż po koryto Starej Wisły. Pod wieczór pożar zaczął słabnąć i ostatecznie ogień w centrum zatrzymał się na wysokości południowej pierzei Małego Rynku i ulicy św. Józefa, obejmując kościół oraz klasztor Bernardynek. W dużym niebezpieczeństwie były nadal Sukiennice, gdzie zgromadzono liczne towary, w tym zapasy łatwopalnego spirytusu. Aby zapobiec przeniesieniu ognia, pospiesznie zrzucono dach z budynku; ; ..
W centrum, na linii wiatru, nietknięte przetrwały nieliczne budynki. Ich ocalenie właściciele i mieszkańcy zawdzięczali skutecznie prowadzonej walce z płomieniami, lecz przede wszystkim nowoczesnym dachom, wykonanym z dachówki lub blachy. Dzięki temu ogień nie strawił kamienicy Wentzla i pałacu Jabłonowskich, jako jedynych budynków w całej południowej pierzei Rynku Głównego. Podobnie na Wiślnej ocalał
Jednak w przypadku kościołów odpowiednie pokrycie dachów, okazało się niewystarczające. Ogień bowiem wdarł się do świątyń przez okna, w których od żaru popękały szyby i szybko zajął wnętrza, pełne drewnianych ołtarzy, stall i ławek. Nie brakło też głosów, kierowanych przeciw dominikanom, oskarżających zakonników o zaprzepaszczenie szans na uratowanie kościoła Świętej Trójcy, ze względu na zarzucany brak karności i niedbalstwo w walce z ogniem; ..
Tragiczny dla miasta dzień można podsumować słowami Ambrożego Grabowskiego:
18 VII: działania mieszkańców thumb|Kamienica Pod Obrazem, jeden z dwóch budynków w południowej pierzei Rynku Głównego, który nie został strawiony przez ogień Jak się okazało, w obliczu tak wielkiego pożaru, rozwijającego się niezwykle szybko, mieszkańcy miasta nie mogli zdziałać zbyt wiele. Obowiązek walki z ogniem spoczywał praktycznie tylko na ich barkach, bowiem straż pożarna była nieliczna, w gruncie rzeczy nie miała też stałego charakteru. Miasto zatrudniało zaledwie czterech szprycmagistrów, którzy czuwali nad sikawkami. Słabo opłacani, służbę pełnili na zmiany, przez całą dobę. W razie pożaru pomagali im pompiarze i tak zwana „kolumna ogniowa”. W jej skład wchodzili czeladnicy z cechów cieśli, kamieniarzy i murarzy, którzy zobowiązani byli przez trzy lata stale uczestniczyć w ćwiczeniach oraz akcjach gaszenia ognia (w 1838 roku wyposażono ich w blaszane hełmy i kurty z czarnego drelichu). Aby wzmocnić ten zastęp do pełnienia służby pomocniczej zobowiązani byli wszyscy mieszkańcy. Alarmował ich stróż z wieży Mariackiej, uderzeniem w dzwon i wywieszeniem w kierunku ognia czerwonej chorągwi za dnia lub czerwonej latarni nocą, Po tym sygnale na miejsce pożaru, w razie możliwości, mieszkańcy mieli śpieszyć osobiście lub wysyłać kogoś ze swojej służby, z własnym wyposażeniem, takim jak drabiny, wiadra, siekiery czy osęki. Piwowarów obarczono koniecznością dostarczania wody we własnych beczkach, a fiakrzy musieli oddawać konie do dyspozycji gaszących ogień. Wśród wielu osób te obowiązki budziły niechęć, więc nie brakowało przypadków unikania udziału w walce z pożaremNatomiast M. Estreicherówna podaje, że obowiązek gaszenia pożaru spoczywał tylko na austriackim garnizonie. Spośród mieszkańców w walce z ogniem mieli brać udział jedynie ochotnicy, głównie studenci, . Największym jednak mankamentem całego systemu było oparcie go na słabo przeszkolonych ludziach i starym, nielicznym sprzęcie; .