thumb|Pomnik przy ul. Wolskiej 79, upamiętniający tysiące mieszkańców Woli, w tym redemptorystów z klasztoru przy ul. Karolkowej, zamordowanych 6 sierpnia 1944 w fabryce Kirchmajera i Marczewskiego 30 redemptorystów zamordowanych w powstaniu warszawskim – mieszkańcy klasztoru oo. redemptorystów przy ul. Karolkowej 49 na stołecznej Woli, rozstrzelani przez Niemców w pierwszych dniach powstania warszawskiego.
Klasztor i kościół przy ul. Karolkowej zostały zdobyte 6 sierpnia 1944, tj. w drugim dniu rzezi Woli. Ponad dwudziestu zakonników Niemcy zaprowadzili wówczas do składu narzędzi i maszyn rolniczych fabryki Kirchmayera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81 i tam rozstrzelali. Tego dnia oraz w dniach następnych zginęli lub zaginęli bez śladu także pozostali mieszkańcy klasztoru. W czasie rzezi Woli poniosło śmierć łącznie trzydziestu redemptorystów – w tym piętnastu ojców, dziewięciu braci koadiutorów, pięciu kleryków i jeden kleryk nowicjusz.
Geneza i przebieg mordu thumb|Kościół św. Klemensa Hofbauera przy ul. Karolkowej 49 W latach 1939–1944 działania wojenne oraz represje okupantów doprowadziły do likwidacji kilku ośrodków polskiej prowincji redemptorystów. W tych okolicznościach siedzibą drugiej co do wielkości wspólnoty zakonnej redemptorystów w Polsce stał się klasztor przy ul. Karolkowej 49 na warszawskiej Woli. W sierpniu 1944 warszawska wspólnota liczyła 33 członków (ojców, braci, kleryków). Przy klasztorze funkcjonowały nielegalne seminarium i nowicjat. Kilku zakonników i świeckich pracowników klasztoru aktywnie współpracowało z Polskim Państwem Podziemnym. Na potrzeby Armii Krajowej w klasztorze gromadzono żywność, a w ogrodzie przechowywano broń. Klasztorny budynek służył także członkom konspiracji jako miejsce spotkań.
W związku z przygotowaniami do rozpoczęcia powstania w Warszawie dowództwo Armii Krajowej wyznaczyło klasztor przy ul. Karolkowej na miejsce koncentracji III Batalionu OW PPS im. Stefana Okrzei, podporządkowanego organizacyjnie dowództwu Obwodu III AK „Wola”. Niewykluczone, iż wpływ na tę decyzję wywarły powiązania niektórych zakonników z ruchem oporu. W południe 1 sierpnia 1944 na Karolkowej pojawili się oficerowie AK, którzy oświadczyli ojcu rektorowi Józefowi Kani, iż „zajmują klasztor na cele wojskowe”. Na krótko przed godziną „W” w klasztorze oraz w przylegającym doń kościele św. Klemensa Hofbauera zaczęli się gromadzić uzbrojeni żołnierze. Bezskuteczne okazały się protesty ojca rektora, który wedle relacji świadków miał niemalże „ze łzami w oczach” zaklinać powstańców by przenieśli się do innego budynku. Biskup sufragan piński Karol Niemira, który odwiedził klasztor na półtorej godziny przed wybuchem powstania, także prosił powstańców, aby nie narażali klasztoru i zakonników na niemiecki odwet. Żołnierze ponownie jednak odmówili, powołując się na rozkazy swojego dowództwa. Tego dnia w klasztorze pojawił się również kapelan Obwodu AK „Wola”, palotyn o. Władysław Zbłowski ps. „Struś”, który miał dopilnować, aby zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami wyznaczeni redemptoryści udali się na powstańcze punkty sanitarne. Po interwencji kapelana o. Kania oddelegował do tego zadania dwóch lub trzech ojców. Ostatecznie żaden z nich nie zdołał jednak dotrzeć do wyznaczonych placówek.
2-4 sierpnia wzdłuż osi ul. Wolskiej toczyły się zaciekłe walki pomiędzy żołnierzami AK i AL a pododdziałami niemieckiej Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring”. W klasztorze zaczęli wówczas szukać schronienia mieszkańcy okolicznych domów. Ojciec rektor zdołał chwilowo odwieść powstańców od zajmowania stanowisk ogniowych w zabudowaniach kościoła i klasztoru. Niemniej klasztor i jego mieszkańcy ucierpieli na skutek walk. Rankiem 2 sierpnia niemiecki pocisk uderzył w ścianę kościoła koło zakrystii; oderwany kawał muru poważnie kontuzjował wówczas o. Władysława Malisza. Wieczorem 3 sierpnia, podczas wyprawy po żywność na ul. Okopową, został ranny w nogę br. Józef Poniewierski (Filip). 4 sierpnia niemiecki pocisk ponownie trafił w gmach kościoła, zabijając lub raniąc wielu uchodźców. W związku z rosnącym zagrożeniem dwóch lub trzech kleryków prawdopodobnie złożyło 2 sierpnia przyśpieszone śluby zakonne.
5 sierpnia oddziały niemieckie dowodzone przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha przystąpiły do szturmu na Wolę. Rozpoczęła się jednocześnie masowa rzeź polskiej ludności cywilnej. Tego poranka kościół ucierpiał na skutek niemieckiego nalotu – według jednej z relacji bomba eksplodowała obok prezbiterium, doprowadzając do zasypania ołtarza z konsekrowanymi hostiami; inni świadkowie twierdzili natomiast, iż wybuch spowodował wybicie wszystkich szyb w oknach, których odłamki zraniły wielu ludzi. Zakonnicy oraz przebywający w klasztorze uchodźcy musieli szukać schronienia w piwnicach. Zniesiono tam również obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Mimo próśb ojca rektora powstańcy zajęli stanowiska ogniowe w klasztornym budynku, ostrzeliwując Niemców z najwyższej (zachodniej) kondygnacji. W godzinach wieczornych w schronie odbyło się nabożeństwo, w którego trakcie o. Tadeusz Müller miał udzielić zgromadzonym ogólnego rozgrzeszenia (inne relacje mówią, że uczynił to później o. Józef Kania). Około godziny 22:30 do schronu miał przybyć powstaniec z ostrzeżeniem, iż Niemcy są już blisko i należy uciekać. Ojciec rektor sprzeciwił się jednak opuszczeniu klasztoru, twierdząc, iż lepiej będzie „zginąć na miejscu”. Wierni regule posłuszeństwa redemptoryści podporządkowali się decyzji przełożonego. thumb|Tablica Tchorka upamiętniająca 30 straconych redemptorystów. Kościół św. Klemensa Hofbauera thumb|Tablica Tchorka upamiętniająca ofiary egzekucji w fabryce Kirchmajera i Marczewskiego (ul. Wolska 79/81) Po północy 6 sierpnia, około godz. 1:00 lub 2:00, klasztor i kościół zostały opanowane przez Niemców. Przebywających w schronie i w zabudowaniach Polaków wyprowadzono na ul. Karolkową, a następnie ustawiono pod ścianą fabryki Henneberga. Tam żołnierze dokonali „selekcji”, ustawiając osobno kobiety i dzieci, mężczyzn oraz zakonników. Według niektórych relacji to właśnie wówczas ojciec rektor udzielił wszystkim obecnym ogólnego rozgrzeszenia (za co miał otrzymać cios kolbą karabinową). Po szybkiej rewizji tłum Polaków ustawiono czwórkami i pognano w kierunku zamienionego na punkt zborny kościoła św. Wojciecha przy ul. Wolskiej 76. Kolumna dotarła na miejsce we wczesnych godzinach porannych. Kobiety i dzieci wprowadzono do kościoła, a mężczyzn podzielono na kilkudziesięcioosobowe grupy, po czym zaprowadzono do leżącego po drugiej stronie ulicy składu narzędzi i maszyn rolniczych fabryki Kirchmayera i Marczewskiego (ul. Wolska 79/81). W pierwszej partii znalazło się ponad dwudziestu redemptorystów. Świadkiem egzekucji, która rozpoczęła się chwilę później, był Czesław Cieplik z ul. Chłodnej. Zeznał on po wojnie, iż zakonników ustawiono w dwuszeregu, po czym kolejno zabito strzałami w tył głowy. Jako ostatni zginąć miał ojciec rektor, którego Niemcy zmusili w ten sposób do patrzenia na śmierć powierzonych jego opiece członków wspólnoty. Cieplik wraz z synem pracował później przy układaniu na stos zwłok zamordowanych redemptorystów. Zdołał uciec z miejsca kaźni, lecz jego syn został zastrzelony w czasie ucieczki. Tymczasem Niemcy rozstrzelali jeszcze w tym miejscu kilka grup mężczyzn przyprowadzonych z klasztoru przy ul. Karolkowej. W trakcie masakry niespodziewanie przyszedł jednak rozkaz wstrzymania egzekucji, co ocaliło życie pozostałym mężczyznom. Ciała redemptorystów oraz innych ofiar masakry zostały później spalone przez członków Verbrennungskommando.
Świadkiem egzekucji redemptorystów był również niemiecki policjant Aloys T., zastępca dowódcy plutonu w batalionie policyjnym z Kraju Warty. W zeznaniu złożonym na potrzeby śledztwa prowadzonego w latach 60. przeciw Heinzowi Reinefarthowi opisał on przebieg masakry następującymi słowami:
Nie wszyscy mieszkańcy klasztoru zostali jednak zamordowani w składzie narzędzi i maszyn rolniczych. Jest pewne, iż rankiem 6 sierpnia w klasztorze przebywało wciąż co najmniej trzech zakonników. Z zeznań świadków wynika, iż byli to ojcowie Henryk Kotyński i Tadeusz Doliński, których żołnierze skierowali z powrotem do klasztoru, aby tam zaopiekowali się o. Edmundem Górskim (z powodu choroby był on niezdolny do poruszania się o własnych siłach). Tego poranka ojcowie mieli nawet odprawić dwie msze dla kilkunastu ocalałych polskich cywilów. W trakcie drugiej mszy do kościoła wtargnęli jednak Niemcy, którzy oderwali o. Kotyńskiego od ołtarza, a następnie rozpoczęli przeszukanie budynku. Jeden z żołnierzy, władający językiem polskim, pozwolił wówczas uciec grupie kobiet i dzieci. Trzej zakonnicy byli wtedy po raz ostatni widziani żywi. Kilka miesięcy później częściowo spalone zwłoki o. Górskiego odnaleziono w klasztornej piwnicy. Na temat okoliczności śmierci dwóch pozostałych redemptorystów istnieją natomiast sprzeczne relacje. W przylegającym do klasztoru ogrodzie Pałacyku Biernackich kilku świadków miało później zobaczyć zwłoki dwóch duchownych, których rysopis odpowiadał wizerunkowi ojców Dolińskiego i Kotyńskiego. Franciszek Zasada, ocalały członek Verbrennungskommando, zeznał natomiast, iż w ogrodzie pałacyku spalił wraz z kolegami ciała trzech duchownych. Z kolei inny świadek twierdził, iż 7 sierpnia znalazł na terenie kościoła ciała trzech redemptorystów, leżące odpowiednio w drzwiach, w prezbiterium oraz przed bocznym ołtarzem. Dzięki nadejściu rozkazu o wstrzymaniu egzekucji rozstrzelania w składzie maszyn rolniczych uniknęli bracia Stanisław Krzywiński (Rafał) i Franciszek Bednarz (Jozafat). Razem z kilkudziesięcioma innymi mężczyznami zostali oni uwięzieni w budynku przy ul. Sokołowskiej (naprzeciw kościoła św. Wojciecha). Już wieczorem 6 sierpnia Niemcy wywołali jednak br. Krzywińskiego, po którym ślad odtąd zaginął. Z kolei 7 sierpnia Niemcy polecili zgłosić się wszystkim Polakom, którzy nie czują się na siłach dojść pieszo do obozu przejściowego w Pruszkowie. Między innymi zgłosił się wówczas 78-letni br. Bednarz, który jeszcze tego samego dnia miał zostać rozstrzelany. Znaleźli się jednak świadkowie, którzy twierdzili, iż br. Bednarza jeszcze przez kilka dni widywano na ul. Sokołowskiej, a jego egzekucja nastąpiła dopiero w okolicach 11 sierpnia. W nieznanych do końca okolicznościach zginął o. Rafał Raczko. Rankiem 6 sierpnia znajdował się on w grupie mężczyzn, która w ostatniej chwili uniknęła rozstrzelania w składzie narzędzi i maszyn rolniczych. Wraz z pozostałymi mężczyznami o. Raczko trafił następnie do kościoła św. Wojciecha, lecz tam ślad po nim się urywa. Franciszek Zasada zeznał, że gdy wraz z pozostałymi członkami Verbrennungskommando palił ciała w ogrodzie Pałacyku Biernackich, był świadkiem, jak esesmani przez wyrwę w murze od strony klasztoru redemptorystów przyprowadzili do ogrodu starego zakonnika, którego po wyszydzeniu zastrzelili. Zasada przypuszczał, iż zamordowanym duchownym był o. Doliński, lecz wiek i rysopis ofiary wskazują, iż był to raczej o. Raczko.
W 1976 do warszawskiego klasztoru oo. redemptorystów zgłosił się świadek, który twierdził, że w czasie egzekucji w składzie maszyn rolniczych jeden z zakonników zdołał zdjąć habit i niepostrzeżenie dołączyć do innej grupy mężczyzn. 8 sierpnia wraz ze współtowarzyszami został wywieziony na roboty przymusowe do Alexanderdorf koło Oldenburga, gdzie zginął na krótko przed wyzwoleniem. Zakonnik nigdy nie podał swojego nazwiska, a koledzy zwali go „Juliuszem”. Z rysopisu wynika, iż niezidentyfikowanym redemptorystą mógł być o. Władysław Malisz, lecz nie jest to możliwe do zweryfikowania.