Z początku powieść wydaje się mieć czysto manichejski charakter – Carmen jest zła, a Mario dobry. Jednak ostatecznie postacie te okazują się nie być czarno-białe. Wszystkie poglądy bohaterka odziedziczyła po konserwatywnych rodzicach, nie otrzymała edukacji pozwalającej na wyrobienie własnych. Jej mąż nigdy nie starał się wytłumaczyć jej swoich przekonań, zaangażować w działalność społeczną, którą przedkładał nad rodzinę. Lekceważył nie tylko jej potrzeby materialne, ale także te uczuciowe i seksualne. Carmen zarzuca mu oziębłość, nie jest w stanie wybaczyć mu, że nie postąpił zgodnie z tradycją i nie doszło między nimi do zbliżenia w noc poślubną. Choć Mario twierdził, że było to wynikiem szacunku i nieśmiałości, czuła się z tego powodu upokorzona. Jak większość kobiet w ówczesnej Hiszpanii, w związek małżeński weszła bez jakiekolwiek wiedzy na temat relacji damsko-męskich, gdyż państwo ograniczało im dostęp do edukacji, karało praktyki antykoncepcyjne i promowało archetyp żony i matki, która urodzi liczne potomstwo dla ojczyzny. Carmen, choć przyklaskuje reżimowi, buntuje się jednak wobec pewnych jego założeń. Przyznaje, że nie chciała mieć wielu dzieci i informowała Maria o swoich dniach płodnych, co on uważał za niezgodne z wolą Bożą, skutkiem czego stali się rodzicami piątki dzieci.