Niemieckie baterie strzelały do naszej formacji gęstym, ale na szczęście niecelnym ogniem. Widocznie były przytłoczone siłą bombardowania naszych okrętów. Tuż przed wylądowaniem amfibijnych czołgów, a w ślad za nimi barek saperskich, przenieśliśmy ogień na cele drugorzędne, by nie razić sił własnych. O godz. 10.45 nawiązaliśmy łączność radiową z wysuniętym obserwatorem artyleryjskim przy 41 Royal Marine Commando. Był to oddział, który »Ślązak« miał wspomagać. O godz. 12.50 na prośbę obserwatora artyleryjskiego rozbiliśmy ogniem bezpośrednim oddział piechoty niemieckiej zagradzający drogę naszym komandosom. W niespełna godzinę po tej udanej akcji, od godz. 13.45 do 14.10, znowu wspomagaliśmy komandosów bombardując, tym razem ogniem pośrednim, poprawianym przez obserwatora, pozycje nieprzyjacielskie. Zanim upłynęło pół godziny, znowu otrzymaliśmy prośbę od obserwatora artyleryjskiego o pilne wsparcie artyleryjskie. Jak wynikało z jego relacji, nieprzyjacielskie pozycje umocnione w lasku pod Lion sur Mer i w domach na wschód od lasku powstrzymywały huraganowym ogniem natarcie komandosów i dosłownie przytłoczyły ich do ziemi. Obserwator artyleryjski prosił o bombardowanie każdego celu po 20 minut. Tymczasem dowódca Force S wydał rozkaz, by nie prowadzić bombardowań bez korygowania upadków salw przez obserwatora.