Kanonada na południu uświadomiła Polakom, że znaleźli się w kleszczach, co skutkowało wybuchem paniki. Żołnierze przestali wykonywać rozkazy, odmówili dalszego marszu i całe zgrupowanie inercyjnie zaczęło przesuwać się przez las na wschód. Niektórzy kosynierzy uklękli i rozpoczęli modlitwę, co dodatkowo powiększyło zamieszanie. Dowody odwagi okazywał sztab, którym z Langiewiczem na czele trwał pod ostrzałem, ksiądz Agrypin Konarski z krzyżem i rewolwerem w rękach zagrzewał powstańców do boju. Dyscypliny nie udało się jednak przywrócić. Po kilkunastu minutach ostrzału dowodzony przez Czapskiego oddział kawalerii powstańczej samowolnie wycofał się na wschód i rozpoczął odwrót przez las, tracąc kontakt z Korpusem Langiewicza. Pozostała część sił polskich w rozsypce utraciła wozy i część broni, a wielu żołnierzy porzuciło szeregi.
Nie jest jasny powód, dla którego mjr Jabłoński nie wykorzystał zamieszania w polskich szeregach dla bardziej zdecydowanych działań i ograniczył się do deprymującego, ale coraz mniej skutecznego ostrzału – powodem mogła być obawa starcia na bliski dystans w trudnym terenie albo oczekiwanie na współdziałanie oddziałów płk. Czengierego i mjr. Bentkowskiego.