Emerytowany oficer izraelski, Baruch Bar-Lew („Burka”), były szef 470-osobowej misji izraelskiej w Ugandzie i przyjaciel Amina (ten ostatni uzyskał patent spadochroniarza w armii izraelskiej jeszcze w 1966; odznakę tę nosił zawsze z dumą), na prośbę rządu wielokrotnie kontaktował się z nim telefonicznie, namawiając bez sukcesu (choć przekonywał, że Amin może otrzymać nawet Nagrodę Nobla) do zwolnienia zakładników.
Równocześnie, w ścisłej tajemnicy, Izrael przygotowywał akcję ratunkową. Misja ta wydawała się być niemożliwa do realizacji: odległość z Izraela do Ugandy wynosi 4000 km, ponadto władze tego kraju stały po stronie terrorystów. Dowództwo Izraelskich Sił Powietrznych stwierdziło jednak, że przerzucenie koniecznej liczby żołnierzy jest wykonalne.
W odpowiedzi na zgodę Izraela na spełnienie żądań terroryści przedłużyli termin ultimatum do 4 lipca do godz. 14:00. Zdecydowali również, że uwolnią załogę i nieżydowskich pasażerów. Dowódca samolotu ogłosił, że jako kapitan odpowiada za wszystkich pasażerów i odmówił ich opuszczenia. Cała jego załoga z własnej woli postąpiła tak, jak jej dowódca (po powrocie do Paryża Bacos spotkał się z upomnieniem ze strony kierownictwa Air France i został na pewien czas zawieszony).