Około godziny 8.10 w jednej z ładowni „Grandcampa” pojawił się najpierw dym, a potem ogień. Warunki panujące w ładowni mogły sprzyjać samoczynnemu zapłonowi, aczkolwiek prowadzący śledztwo nie wykluczali sabotażu. Pożar mógł też być spowodowany beztrosko rzuconym niedopałkiem papierosa, który mógł zapalić nawóz wysypujący się z uszkodzonych worków. Próby ugaszenia pożaru wodą pitną i gaśnicami zakończyły się niepowodzeniem i dokerzy opuścili ładownię. Wraz z rozszerzaniem się pożaru z wnętrza statku zaczęły dochodzić odgłosy niewielkich eksplozji, najprawdopodobniej amunicji karabinowej lub pistoletowej.
Przed 9.00 dowódca statku po naradzie z kierownikiem dokerów kazał puścić do ładowni parę pod ciśnieniem w celu ugaszenia ognia bez uszkodzenia ładunku. Decyzja ta wynikła z tego, że po ugaszeniu pożaru należało wyładować zniszczoną część ładunku i zastąpić ją niezniszczoną, a wszystkimi kosztami byliby obciążeni dokerzy (z powodu naruszenia przez nich zakazu palenia przy otwartej ładowni z niebezpiecznym ładunkiem) – dlatego też zarówno kapitan statku, jak i kierownik dokerów chcieli zminimalizować zniszczenia, bo pierwszy z nich chciał jak najszybciej wypłynąć, a drugi chciał jak najmniej płacić.