Używając terminologii Martina Bubera, King twierdził, że „ja” nie może znaleźć swojej pełni bez „ty”. King nawiązywał do wciąż pojawiających się w dziejach koncepcji jedności ludzkości, znajdując metafizyczną odskocznię dla idei zespolenia w Bogu. Był zwolennikiem myśli Johna Donne’a, że jeden człowiek nie jest samotną wyspą. Każdy człowiek jest... częścią mnie, a ja jestem częścią jego. Jego agonia zaburza mnie, a zbawienie wzbogaca. Pod wpływem idei personalizmu, że ludzie rodzą się, aby żyć razem i bez tego dążenia nie byliby prawdziwie ludzcy, King uznał za naturalną potrzebę człowieka stworzenie wspólnoty.

King był zwolennikiem sformułowanej przez stoików idei braterstwa wszystkich ludzi. Był przeciwnikiem limitowania solidarności do wąsko pojętej własnej grupy (patrz: kosmopolityzm). My widzimy ludzi jako żydów... katolików i protestantów, Chińczyków i Amerykanów. Nie potrafimy myśleć o nich jak o człowieku, istocie ludzkiej stworzonej z tego samego, co my. Takie wąskie, skoncentrowane na własną grupę nastawienie prowadzi nie tylko do obojętności na to, co dzieje się z innymi ludźmi, ale ułatwia wręcz ich dehumanizację. Zaczynamy traktować innych ludzi jako uosobienie mrocznych potęg natury – istoty z założenia irracjonalne i złe (patrz: wcześniejsze poglądy M. L. Kinga).