Z punktu widzenia katów egzekucje przeprowadzane w podwarszawskich lasach niosły jednak ze sobą pewne ryzyko oraz wiązały się z różnorakimi problemami natury logistycznej. Dyskretne przewiezienie skazańców z warszawskich więzień do miejsc straceń oddalonych o kilkanaście kilometrów od miasta było skomplikowaną i czasochłonną operacją. Problemów nastręczało również zabezpieczenie miejsc egzekucji przed niepowołanymi świadkami oraz ucieczkami skazańców. Wreszcie Niemcy nie mieli żadnej gwarancji, że ludność okolicznych miejscowości nie zdoła przypadkiem lub celowo odnaleźć masowych grobów.
Pierwsze egzekucje w ruinach getta thumb|250px|„Pawiak pomścimy”. Napis wykonany przez harcerzy z organizacji „Wawer” na tablicy ogłoszeniowej umieszczonej na ogrodzeniu ogrodu BGK przy ul. Brackiej Począwszy od czerwca 1942 kilkukrotnie miały miejsce wypadki, kiedy niewielkie – liczące od kilku do kilkudziesięciu osób – grupki Polaków były mordowane przez Niemców na terenie getta warszawskiego, odizolowanego wówczas kompletnie od reszty miasta. Zwłoki zamordowanych porzucano zazwyczaj wprost na ulicach „żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej”, gdzie następnie zajmowały się nimi żydowskie grupy robocze, do których obowiązków należało uprzątanie ulic z ciał zmarłych lub zamordowanych mieszkańców getta.