Te podobieństwa świadczą albo o lekturze odczytów Norwida przez Matejkę, albo jakimś pośrednictwie, przy czym najprawdopodobniejsze wydaje się pośrednictwo Mariana Sokołowskiego, przyjaciela Norwida i historyka sztuki. Nie można wreszcie wykluczyć, że źródłem zbieżności może być sam Słowacki. Gdyby to on był autorem alegorycznej interpretacji Balladyny, Norwid mógłby się o tym dowiedzieć rozmawiając z nim o swojej Wandzie w marcu 1849, Matejko zaś z ust swego nauczyciela Władysława Łuszczkiewicza, który mniej więcej w tym samym czasie rozmawiał ze Słowackim o stosunku poezji do malarstwa.
Treść
Na pierwszy rzut oka ta tragedia wydaje się fantazją. Dzieje się tak dlatego, że Słowacki nie był architektem jak Zygmunt Krasiński, ani rzeźbiarzem jak Adam Mickiewicz, ale był poetą-malarzem, który może być kim chce. Po wtóre zaś dlatego, że autor wstawił do własnej tragedii teatr przenośny pełen zielonych gajów, chat, zrujnowanych baszt, co zaciera strukturę i szkielet dramatu. Idąc za zdaniem Augusta Cieszkowskiego, Norwid radzi nie lekceważyć świadectwa utworu, który mówi o innej epoce. Jeśli bowiem umie się korzystać ze światła takiego apokryfu można niemałą odnieść korzyść.