gdy przynosi ją ponownie, twarz anioła pokryta jest woskiem. Mimo trwającej burzy, Łuka Kiryłow przechodzi z wizerunkiem po łańcuchach podtrzymujących konstrukcję niedokończonego mostu, by zdążyć do soboru przed zakończeniem wieczerni; obserwujący to z brzegu współwyznawcy twierdzą, że wokół mężczyzny pojawiło się nadprzyrodzone światło, doszło zatem do cudu. W świątyni okazuje się jednak, że na twarzy anioła nie ma woskowej pieczęci. I ten fakt zostaje uznany za cud – przywódca starowierców udaje się natychmiast do biskupa prawosławnego i oznajmia, że widząc niewytłumaczone odnowienie się ikony, przekonał się, co do słuszności nauczania prawosławnych i błędności nauki staroobrzędowców. W ślad za nim analogiczną decyzję podejmuje cały artel.

Kończąc swoją opowieść, Marek stwierdza, że z czasem przemyślał minione wydarzenia i doszedł do wniosku, że żaden cud nie miał miejsca. Łuka Kiryłow mógł bowiem przejść po łańcuchach nie dzięki bożej interwencji, a dzięki własnej zręczności;