W sprawę zamieszany był także restaurator działający w pobliżu miejsca morderstwa, który pomógł upić ofiarę w swojej restauracji; był także jeszcze jeden wspólnik. Hałas zabił Jankowiaka młotkiem (lub siekierą), a zwłoki ukrył we wnęce, którą zakrył zamówionymi wcześniej deskami, poczernionymi węglem. Pieniądze ukrył w restauracji naprzeciw kasyna wojskowego przy ul. Bukowskiej. Matka zamordowanego i przyszła teściowa Hałasa mieszkała przy tej samej ulicy pod nr 31. Według jej zeznań pewnego wieczora Leon Hałas przyszedł do jej domu z zakrwawionym rękawem, lecz tłumaczył to krwotokiem z nosa.

Wkrótce ożenił się Franiszką Jankowiak i wyposażył wspólne mieszkanie. Choć jego poczynania wzbudzały podejrzenia policji, to jednak nie można było udowodnić mu zbrodni. Po ślubie Hałas wysłał w imieniu zamordowanego list ze stacji granicznej Zbąszyń o treści: Nie szukajcie mnie. Wyjechałem za granicę. To ostatecznie zamknęło śledztwo. Po kilku latach urodziły się dzieci, pieniądze się skończyły i rodzina wyjechała (1926) do francuskiego Bourg-en-Bresse koło Lyonu, gdzie Hałas dał się poznać jako wzorowy pracownik drukarni (niektóre źródła mówią o fabryce drutu) i ojciec. Po znalezieniu zwłok wystąpiono o ekstradycję Hałasa do władz francuskich.