Labirynt – trzeci tom cyklu Teodora Parnickiego Nowa baśń wydany w 1964 roku.
Historiozofia powieści Powieść została napisana bezpośrednio po drugim tomie cyklu, w 1963 i wydana w roku 1964. Jej akcja kontynuuje niemal bez przerwy akcję tomu poprzedniego. Traktuje o nieudanym spisku na życie Corteza, który miał uniemożliwić podbój Meksyku. Bohaterem i narratorem Labiryntu jest metys Krzysztof Villafana, syn jednego z bohaterów Czasu siania i czasu zbierania Antoniego Villafany, straconego za współudział w przygotowaniu zamachu. Sprzysiężenie było próbą odwrócenia biegu historii, które się nie udało. Parnicki nie traktuje tego fatalistycznie. Kolejne zwycięstwo możnych zaistniało jako wynik działania praw ekonomicznych rządzących procesami społecznymi. W piętnastowiecznej Europie nic nie mogło się przeciwstawić dążeniu do zdobycia nowych terenów i bogactw. Trzeci tom Nowej baśni jest kolejnym ogniwem epopei o zdobywaniu Nowego Świata.
Literackość Nie tylko jednak problematyka historiozoficzna jest tematem powieści. Po historii milczącego poety polskiego, Stanisława, bohatera Tylko Beatrycze, Parnicki znów podejmuje tematykę pisarza artysty i literackości świata, z którym obcuje czytelnik. Bohaterowie nie biorą udziału w zdarzeniach, dysponują jedynie ich opisem. Czytelnik uczestniczy w grze myślowej, toczącej się wokół interpretowanego lub komentowanego tekstu, czasem zaś w samym powstawaniu tekstu pisanego przez któregoś z bohaterów. Śledzi proces pisania i jego natychmiastowego zastygania w tradycję.
Eksponowaniem literackości jest także wymyślona przez Parnickiego forma dialogu urojonego. Bohaterowie powieści rozważając szczególnie zawiłe zagadnienia, rozpisują je na dwa głosy, swój i nieobecnego antagonisty. Jego kwestie próbują sobie wyobrazić. Jeśli nie umieją sobie wyobrazić przeciwnika, dzielą siebie na dwie osoby. W Labiryncie metys Kszytl Villafana dzieli się na białoskórego Krzysztofa i czerwonoskórego Itla. Dodatkowo zostaje wprowadzony trzeci uczestnik tej gry – czytelnik. Kszytl piszący w komnacie dworu w Lścinie, w noc weselną po słynnym ślubie księdza Orzechowskiego, Ksztyl piszący na statku wiozącym go do ojczyzny jego matki Meksykanki i zarazem kraju, gdzie został stracony jego ojciec za spisek na życie konkwistadora, snuje swą opowieść dla czytelnika, do którego zwraca się wprost, jemu pozostawia w ostatnich słowach do rozwiązania zagadkę swoich przyszłych losów.
W następnych tomach cyklu lista autorów Nowej baśni jeszcze się wydłuży, by stworzyć ostatecznie mityczno-baśniowy, tysiącletni rodowód jej rzeczywistego autora. Zamysł całości zaczyna się już ukazywać w Labiryncie, wraz z ujawnianiem coraz większej literackości przedsięwzięcia. W powieści jeden z jej bohaterów, pan de Puertocarrero rzuca ironicznie w rozmowie z Iwenem:
– Ja bym mógł też wydać się ludziom w przyszłości zmyśleniem pisarskim. – Może i wydasz się. – Ale kroniki rodzinne oraz zapisy z wypraw do nowego świata utrwalą... – ...albo i nie utrwalą. Lecz gdyby utrwaliły nawet – to ile?
Dokumenty mogą utrwalić imię, zdarzenie, ale nie całego człowieka z jego myślami i uczuciami. To może uczynić tylko pisarz. W jego słowie paradoksalnie żyją naprawdę jego bohaterowie. Krzysztof Villafana spostrzega, że człowiek niezapisany miał dla niego nie tylko mniej znaczenia niż «zapisany», ale też mniej jak gdyby i rzeczywistości.
Treść
I. Spadek po skazańcu mały|Właściciel zbioru BE Alfonso de Santa Maria Kastylijczykowi, księdzu Janowi Diazowi, który wziął udział w podboju Meksyku przez Corteza, przypadło odegrać czołową rolę w odkryciu tajników labiryntu, w którym Minotaurem był Łukasz biskup nowogrodzki, żyjący pół tysiąclecia wcześniej. Nicią Ariadny, której się uchwycił, okazał się, znajdujący się w Hiszpanii, zbiór pism (BE) biskupa Burgos Alfonsa de Santa Maria. Nie byłby się jednak nim nigdy zainteresował, gdyby nie uważał się, jak i biskup Burgos, za nowego chrześcijanina, potomka Żydów nowochrzczeńców. Nie trafiłby znowu na trop zbioru, gdyby nie przystąpił do sprzysiężenia, które miało na celu powstrzymanie przyszłego zdobywcy Meksyku, Corteza, od przeobrażenia wyprawy zwiadowczej w zdobywczą, i gdyby przywódca kolejnego spisku, skazany w wyniku jego ujawnienia, nie zażądał spowiedzi, której wysłuchać mógł tylko on, jedyny ksiądz biorący udział w tej wyprawie.
Cortez wykrył wymierzony w niego spisek, kierowany przez jego żołnierza, Antoniego Villafanę. Wyrokiem sądu doraźnego Villafana został skazany na śmierć i powieszony we framudze okiennej. Ksiądz Diaz, należący do poprzedniego sprzysiężenia ocalał. Przemyślny wódz oszczędził go pragnąc uniknąć zamieszania wśród Indian, wśród których chciał szerzyć chrześcijaństwo. Przed śmiercią Villafana poprosił o spowiedź. Ksiądz Diaz, zapytał skazanego, co go sprowadziło pod szubienicę. Usłyszał w odpowiedzi, że to co zdarzyło się 555 lat temu, która to liczba jest bardziej groźną niż apokaliptyczne 7000. Przez następne tygodnie walk o ostateczne zdobycie stolicy Azteków, ksiądz Diaz rozmyślał nad grzesznością przypisywania rozstrzygającego znaczenia dla ludzkiego życia nie Bogu tylko liczbom i nad ważnością udzielonego przezeń rozgrzeszenia.
Diaz łatwo obliczył, że skazanemu chodziło o rok 966, ale nie wiedział, co takiego się wówczas wydarzyło. Potem miał sen. Spadał razem ze skazańcem w przepaść, na której dnie jarzyły się oczy niezliczonych par meksykańskich kotów. Wśród towarzyszy wyprawy nie znalazł historyków, tylko znawców legend arturiańskich. Zwrócił uwagę na opowieść o rycerzu z lwem, a więc dzikim kotem, Iwenie. W czasie dalszych poszukiwań natknął się nieoczekiwanie, na jednego z rycerzy Corteza, nazwiskiem Aguilar, który nosił przezwisko Iwen. Okazało się najpierw, że przydomkiem tym obdarzył Aguilara pan de Puertocarrero. Jakiś czas potem Aguilar wyznał mu jeszcze, że pan de Puertocarrero, udając się z polecenia Corteza do Europy, spalił znaczną ilość papierów. Z resztek, które się nie dopaliły, Aguilarowi udało się ocalić kilka listów Antoniego Villafany do pana de Puertocarrero i te postanowił przekazać księdzu Diazowi, jako spowiednikowi Villafany.
Diaz próbował wybrać się do Europy, ale nie uzyskał zgody Corteza. Wtedy napisał do znajdującego się w więzieniu Puertocarrera. Z obawy przed inkwizycją, zapytał jednak tylko o to, co wydarzyło się w 966 roku. Po długim oczekiwaniu otrzymał w odpowiedzi łaciński sonet. Jego dwie początkowe zwrotki brzmiały następująco: mały|Aguilar, z przydomkiem Iwejn, powraca z niewoli
Jesteś w więzieniu, i ja też – w więzieniu. Ty – nad Betysem; ja – Borystenesem. Płaczesz: Marina ma dziecko z Cortesem. Płaczę i ja z myślą żałobną a mściwą o ojców moich plemieniu.
Ojców tych moich o mocy zbawczemu marzeniu Polska oparła się; z marzeń zaś tych kresem stało się... Co? gdybym Sofoklesem był – dałbym wyraz zaiste godny swemu udręczeniu...
Diazowi udało się domyślić, że siedzącym w więzieniu nad Betysem jest niewątpliwie uwięziony w Sewilli pan de Puertocarrero. Tożsamości drugiego więźnia nie potrafił, póki co, ustalić. O Borystenesie umiał powiedzieć tyle, że płynie przez tę część Scytii, która znajduje się pod władzą królów Polski. Puertocarrero niewątpliwie płakał po kochance, Marinie, z którą miał teraz dziecko Cortez. Po czym płakał więzień znad Borystenesu nie potrafił dociec i ze zmęczenia usnął. We śnie Polska była przepaścią, na której dnie błyszczały oczy kotów, a ksiądz Diaz spadał do niej z wilkołakiem Villafaną na plecach. Koty wyprzęgały się z pojazdu ciągnącego ciężarną Marinę, a w ich miejsce wprzęgali się Villafana i Puertocarrero. Analiza sonetu po przebudzeniu nie przyniosła nowych odkryć. Nie udało się księdzu Diazowi ustalić w jaki to sposób Polska stanęła na przeszkodzie realizacji zbawczego marzenia o mocy ojców drugiego z więźniów, ani dowiedzieć się kim on był. Opuścił Amerykę w jakiś czas później wezwany do objęcia czekającego na niego w Londynie spadku. Gdy tam dotarł, domniemany ojciec powieszonego spiskowca wyjawił mu, że syn zapisał mu trzecią część majątku, z czego dwie trzecie są do odebrania w futrach w Moskowii, pod warunkiem wszakże, że odgadł znaczenie liczby 555, i że potrafi wytłumaczyć jej znaczenie dla Villafany. Jan Diaz wiedział już w tym czasie, że wydarzeniem z 966 roku był chrzest Polski, a przyczyny która doprowadziła Antoniego pod szubienicę zobowiązał się szukać bez wytchnienia.
II. Puertocarrero i dwaj panowie de Villafana mały|Marina – nałożnica Puertocarrera Kiedy pan de Puertocarrero opuścił Meksyk spotkał na Kubie Antoniego de Villafanę, który przekazał mu swój testament i szczegółowo go objaśnił. W Hiszpanii doszła go wiadomość o spisku w Vera Cruz, który miał opóźnić podbój Meksyku i powziął urazę do przyjaciela, że mu o tym nie powiedział. Jakiś rok później, już w więzieniu, dostał list z wiadomością o śmierci Villafany i jej okolicznościach. Ksiądz Diaz donosił też w liście, że Cortez ma dziecko z Mariną. Czekając w więzieniu na śmierć, Puertocarrero wspominał wspólne z Antonim przedzieranie się przez labirynt pism BE biskupa Burgos, miłość Antoniego do synowej księcia moskiewskiego Jana, Heleny; ulegał to falom nienawiści do Corteza, to namiętności do Mariny; rozmyślał o biskupie nowogrodzkim Łukaszu Żydzięcie, który obawiał się, że jego osobowość rozpływa się w osobowości biskupa krakowskiego Stanisława, o jego chazarskim pochodzeniu i domniemanym judaizmie. Plamy na ścianach zaczęły się więźniowi zmieniać w obrazy współżyjących ze sobą Mariny i Corteza, karła, a wreszcie Łukasza Żydzięty z jego twarzą, który pytał go po co nauczył się na pamięć Dziennika podróży ku śmierci.
Wykonawca testamentu Antoniego, starszy pan Villafana, przykuty do wózka starzec, poinformował Jana Diaza, że Puertocarrero został uwięziony przez biskupa Fonescę, gdy zamierzał przedstawić sprawę Corteza cesarzowi Karolowi i zmarł w więzieniu w obronie dobrego imienia swego wodza. Wobec różnicy poglądów pomiędzy nim a jego przyjacielem Antonim, który starał się przeszkodzić Cortezowi, stary pan Villafana zażądał, by Diaz dokonał wyboru pomiędzy spadkiem po Villafanie a zbiorem pism BE Puertocarrera. Uczynił tak wskutek snu w którym Łukasz Chazar wieszał na oczach Arona, biskupa Stanisława, a potem Puertocarrero powiesił Antoniego Villafanę. W tej zbrodni zaś pomagał mu ksiądz Diaz. Diaz próbował przekonać starszego pana, że z zapisków wynika, że Łukasz ściśle współpracował ze Stanisławem i odmawiał go od podróży do Ameryki. Zdaniem jego rozmówcy było dokładnie na odwrót, Łukasz namawiał go do tej podróży, by przeistoczył się w węża pierzastego – bóstwo pogańskie. Pod wpływem argumentów Diaza uznał z kolei, że świadectwo Łukasza o Winlandii i wężu pierzastym mogło z kolei służyć przygotowaniu Gnupa i jego syna Eryka do biskupobójstwa, a w konsekwencji przetworzeniu biskupa chrześcijańskiego Eryka w drugie wcielenie tego Boga, którym gdzie indziej był Jezus Chrystus. Starszy Villafana ostrzegł Diaza, że jeśli nie dokona wyboru tej nocy, która jest ostatnią nocą życia starca, zbiór pism zostanie spalony.
Puertocarrero zastanawiał się w swojej celi, co w takiej sytuacji zrobiłby ksiądz Diaz, bo że się w takiej sytuacji znajdzie miał mocną nadzieję. W tym celu przeniósł zbiór BE z Kastylii do Antwerpii. Chciał się też spotkać ze spadkobiercą Villafany, lecz otrzymał od niego jedynie list, z którego dowiedział się jak daleko jest jeszcze Diaz od rozwiązania zagadki. Tej ponurej więziennej nocy nawiedził go Łukasz Żydzięta, który twierdził, że jest nim i zbijał jego twierdzenie, że prawdziwe jest to, co zawsze trwałe. Gdyby tak było większa siła, byłaby zawsze prawdziwa. Cortez, który zabił Villafanę miałby słuszność, bo okazał się silniejszy. Łukasz Żydzięta twierdził, że w więzieniu kijowskim widział w mroku Antoniego Villafanę, i że rozmawiając pomaga obecnemu więźniowi ułożyć odpowiedź dla księdza Diaza. Cztery dni zajęło panu de Puertocarrero napisanie odpowiedzi – łacińskiego sonetu. Tydzień później już nie żył. mały|Tezeusz Minotaurobójca